Późnym popołudniem wracamy do stolicy. Zostawiamy auto przed naszym lokum i udajemy się w ostatni spacer po stolicy. Dzień kończymy w niezwykle klimatycznej restauracji Munga Kelder, tej która zwróciła naszą uwagę dzień wcześniej. Lokal znajduje się w piwnicy. Ściany wymalowane na biało, kamienne łuki wiszące nisko nad głowami, wysokie drewniane krzesła i lekko tlące się światło wytwarzają niezwykle intymną atmosferę. Jednak tym co najważniejsze jest oczywiście jedzenie. Naszą ucztę rozpoczynamy od wina i deski serów, ale zanim na stole pojawi się nasze zamówienie, kelnerka proponuje nam chleb własnego wypieku z masłem karmelowym, również wytwarzanym przez lokal. Propozycja okazuje się strzałem w dziesiątkę. Świeży, jeszcze ciepły chleb w połączeniu z karmelem rozpływa się w ustach. Chwilę później, gdy na stół trafia wino i sery, pani dopytuje jak smakował chleb. Gdy tylko widzi nasze zachwyty, przynosi kolejną porcję. Na główne danie dwie propozycje rybne, sandacz i pstrąg. Nie dane mi było zjeść pstrąga na Łotwie, tym samym doczekałem się w końcu na sam finał wyprawy po krajach bałtyckich. Ponadto testujemy jeszcze selekcję lokalnych porterów, spędzając w Munga Kelder fantastyczny wieczór będący zwieńczeniem całego wyjazdu do Litwy, Łotwy i Estonii. Zachwycił nas nie tylko wystrój, atmosfera panująca w lokalu jak i błogie jedzenia, ale również niesamowita obsługa klienta, o którą tak trudno w dzisiejszych czasach. Tu naprawdę można było się poczuć traktowanym jak gość, a nie jak kolejna okazja do zarobku.