Tag: Afryka

W afrykańskiej stolicy cz. 2

– Bonjour.

– Bonjour – odpowiada starsza pani.

– To moja żona Zhor, a to moi goście z Polski. Zhor oznacza kwiaty. – przedstawia nas sobie Boubker.

Wchodzimy do wąskiego korytarza, a raczej przedpokoju. Mieszkanie wygląda zupełnie inaczej niż to, które widzieliśmy u naszego poprzedniego hosta Mohameda. Zdecydowanie bardziej przypomina te nasze, europejskie. Po prawej stronie znajduje się skromna łazienka, a przed samym wejściem umywalka, co ciekawe nie w pomieszczeniu zaadoptowanym na łazienkę. Z lewej strony prowadzące ku górze strome schody, gdzie przez uchylone drzwi widać coś na wzór sypialni. Na wprost sporych rozmiarów salon zastawiony w dużej mierze wąskimi kanapami ustawionymi blisko ściany dookoła całego pomieszczenia. Kanapy obłożone ogromem grubych poduszek. Po lewej stronie od salonu ulokowana jest sypialnia Boubkera, a po prawej po przejściu wzdłuż całego salonu coś na wzór letniego ogrodu, czy też patio. Nie ma dachu, jedynie metalowe, zielone schody prowadzące na taras mieszkania. Na patio stoi okrągły stolik pokryty niebiesko-białymi wzorkami, kilka żelaznych krzeseł, obłożonych czerwonymi poduszkami. Ściany przyozdobione zielonymi roślinami, a podłoga wyłożona płytkami. Z patio możemy bezpośrednio przejść do kuchni, gdzie zabiegana kucharka przygotowuje nam posiłek. Tak, Boubker dysponuje pomocą kuchenną. Kuchnia jest czymś na wzór znanych z polskich gospodarstw wiejskich kuchni letnich. Stoi tam pralka, lodówka kilka szafek, stół do przygotowywania potraw.

W afrykańskiej stolicy cz. 1

Wstajemy dość wcześnie bo o piątej trzydzieści rano. W zasadzie taki mieliśmy zamiar nastawiając budzik, gdyż o godzinie piątej zaczyna się pora pierwszych modlitw i głos śpiewu z miejscowych minaretów nie pozwala zmrużyć oka. Znajdujemy się najwidoczniej w pobliżu jednej z takich wież rozsianych po całym mieście. W tle słychać głos modlitw o różnym natężeniu w zależności od tego jak daleko znajdują się kolejne wieże. Jeszcze chwila na całkowite przebudzenie, kilkanaście minut porannej toalety i czas ruszać w drogę.

Chaouen – Błękit Północy

Do miasteczka docieramy w późnych godzinach wieczornych, co nie napawa nas optymizmem. Wychodzimy z autobusu, bagaże dojechały szczęśliwie razem z nami.

Taxi, taxi – obiegają nas pytania z każdej strony. Kierowcy nie są jednak nachalni. Wystarczy podziękować i się grzecznie wycofują. Nie mamy za bardzo pojęcia dokąd się udać. Zahaczamy zatem o pobliski sklepik. Przede mną stoi starsza kobieta robiąca zakupy, a raczej gawędząca ze sprzedawcą.

Na styku kontynentów

– Rześko i jak przyjemnie świeci słońce. I to powietrze – rzekła blondynka.

No tak, powietrze. Każde wyjście z samolotu w nowym miejscu zaczyna się tym samym stwierdzeniem. Pierwszy wdech, inna wilgotność, inna temperatura. To powietrze za każdym razem jest inne, ale za każdym razem oznacza to samo, czas zacząć kolejną fascynującą przygodę, zgłębić i wchłonąć kulturę danego miejsca.