Wielka Gra

Zaczyna świtać, a zatem czas wstawać. Odnoszę wrażenie, że nie wieje jeszcze tak mocno jak wczoraj. Byle dojechać do rozstaju dróg, skręcić w stronę Korytarza Wachańskiego i powinno być już dużo lżej. Kończę śniadanie, żegnam się z Shokroną i jej mężem i ruszam w dalszą drogę.

Nadal otacza mnie księżycowy krajobraz, a droga coraz bardziej pnie się w górę. Prawą stronę tej wszechogarniającej nicości pokrywa zieleń. Gdzieś w oddali u brzegu jeziora widzę rozbity namiot. Chwilę później dopada mnie dwójka Amerykanów walczących z przewyższeniem i wiatrem. Nie pojadą jednak w kierunku Afganistanu, ale dalszą swoją drogę wyznaczyli przez dolinę Szakdara. Koniec końców po kolejnej ciężkiej walce zarówno z wiatrem, jak i stromymi podjazdami docieram do skrzyżowania, zjeżdżam z asfaltu i udaję się w kierunku granicy z Afganistanem, spełniając w ten sposób marzenie sprzed wielu lat. Na ten fragment trasy tak naprawdę najbardziej czekałem, choć już po kilku, może kilkunastu pierwszych kilometrach zaczynam dochodzić do wniosku, że przeprawa Wachanem będzie drogą do piekła.

Pamir – Kraina u stóp górskich szczytów

Spotykani do tej pory ludzie nie kłamali. Tadżykistan, przynajmniej optycznie, jest zupełnie inny niż Kirgistan. Jakość drogi drastycznie spada. Dookoła próżno szukać jakiejkolwiek zieleni. Otacza mnie bezkres piachu i ostrych jak brzytwa, porozrzucanych wszędzie kamieni.

Na pasie ziemi niczyjej

Gdy rano dzwoni budzik, za oknem jeszcze nie świta. Wstaję jak najwcześniej, żeby jak najszybciej dojechać do granicy, gdyż tak naprawdę nie wiadomo ile czasu zajmie jej przekraczanie. W pomieszczeniu obok nie widać, aby się ktoś krzątał także chyba nie mam co liczyć na śniadanie. Pewnie zaspali. Pakuję zatem moje sakwy, zakładam rękawice i w tym samym momencie z domu obok wychodzi właścicielka z jedzeniem i dzbankiem herbaty. Myliłem się. Jednak nie wyruszę w dalszą podróż z pustym żołądkiem. Opóźniam zatem cały wyjazd o trzydzieści minut, posilając się po raz kolejny smażonymi jajkami, kirgiskim chlebem, całą gamą owoców i słodyczy, wypijam do dna dzbanek herbaty, żegnam się z właścicielką, mówiąc, że zatrzymam się u niej również w drodze powrotnej i ruszam przed siebie.

Opowieści z Sary Tasz

Dzwoni budzik. Wstaję, żegnam się z Nursułtanem, rodziną i ruszą w dalszą drogę, drogę wspinaczki pośród powalających pięknem krajobrazów. Kirgistan jest relatywnie czystym państwem. Nie dostrzegam porozrzucanych śmieci. Gdzieniegdzie natomiast napotykam tabliczki z prośbą o nieśmiecenie. W zasadzie tylko raz zdarzyło mi się widzieć palące się wysypisko śmieci na ulicy w Osz. Cóż zachowania, świadomość niektórych ludzi pozostawia czasami wiele do życzenia, ale nie można mierzyć wszystkich jedną miarą, wrzucać ich do tego samego worka. Wspominał też o tym Nursułtan podczas naszych wczorajszych pogadanek, iż bardzo nie lubi śmiecących wszystkim dookoła Kirgizów.

Kirgiska gościnność

Coraz chłodniej. Za niecałe dwie godziny zajdzie słońce, a wiatr nadal smaga na wszystkie strony wywieszoną wysoko na maszcie flagą Kirgistanu. Zasiadam na drewnianej ławce stojącej na porośniętym częściowo trawą podwórku, otoczonym przez zaniedbane budynki i rozstawione chaotycznie, nie działające już od lat złomy samochodów. Moje serce bije coraz szybciej, oddech staje się płytki, nierównomierny, odczuwam lekki specyficzny ból głowy, coś jakby szmery przebiegające z jednej na drugą półkulę. Trudno opisać ten dość charakterystyczny stan pierwszych objawów wysokościowych. Jestem na wysokości trzech tysięcy stu siedemdziesięciu metrów, w ostatniej miejscowości przed granicą kirgisko-tadżycką. Potem już tylko dwudziestopięciokilometrowy pas ziemi niczyjej i granica. Przede mną gdzieś daleko w tle, jakby na drugim planie ośnieżone, osnute chmurami szczyty legendarnego Pamiru. Posępny, groźny, nieodkryty, tajemniczy, niewzruszony od tysięcy lat ciągle w tym samym miejscu. Czeka. A w zasadzie to ja niecierpliwie czekam na spotkanie. Od ośmiu lat czekam na spotkanie z nim. Z niezmierzonym Pamirem.

Norweska lekarka po studiach w Polsce, czyli jak historia zatoczyła koło

Przed nami ostatnie siedemdziesiąt dwa kilometry drogi, a w zasadzie męki, gdyż nie mając już żadnej motywacji do jazdy pokonanie każdego kolejnego kilometra przychodzi nam z ogromnym trudem. Co jakiś czas zatrzymujemy się na krótki odpoczynek i posiłek. Na jednym z takich postojów dostrzegam polską ciężarówkę. Próbuję wejść do toalety. Nie mogę. Drzwi są zamknięte jeszcze przez kolejne kilkanaście minut. Siadam na ławce, a w tym samym momencie z łazienki wychodzi młody chłopak. Mył głowę w zlewie. Po raz kolejny uświadamiam sobie jak niewdzięczna jest praca kierowcy.

Uwaga Trolle!

Gamle Strynefjellsvegen

Czasami bywa tak, a w przypadku Norwegii szczególnie często, że nie jedziemy zwiedzać konkretnego miejsca, ale już droga, którą przemierzamy jest atrakcją samą w sobie. Właśnie takim przykładem jest Gamle Strynefjellsvegen. To właśnie ta droga jest naszym dzisiejszym celem.

Znak z góry i norweskie lodowce

Plan na dziś to pokonanie stu trzynastu kilometrów do miejscowości Byrkjelo. W zasadzie wstając rano nie wiedzieliśmy, czy do Byrkjelo dojedziemy. Otóż planując rowerowy wyjazd do Norwegii trzeba mieć na względzie jedną, bardzo istotną rzecz, a mianowicie tunele. Bez dokładnego zapoznania się z rozmieszczeniem tuneli i możliwości przejazdu przez nie rowerem, cały plan spali na panewce. Dojeżdżając do Lærdal, byliśmy w pełni świadomi, że będziemy musieli skorzystać z życzliwości miejscowych, by przedostać się dalej. Tuż przy wyjeździe z miasteczka w stronę północy czeka na nas Fodnestunnelen o długości sześciu tysięcy sześciuset czterech metrów. Zakaz przejazdu dla rowerzystów. Tunel kończy się tuż przy przeprawie promowej, na rozwidleniu fiordów. Jednakże to nie wszystko. Po przeprawieniu się na druga stronę historia się powtarza, a do pokonania mamy blisko trzykilometrowy Amlatunnelen. Nie pozostaje nam nic innego jak szukać szczęścia w złapaniu autostopu.

Rallarvegen i Droga śnieżna

Rallarvegen

Dzisiejszy dzień rozpoczynamy od krótkiej pogawędki z mężczyzną przejeżdżającym tuż obok, jadącym do wynajętego niedaleko domku.

– Macie szczęście. Drogę otwarto kilka dni temu. Jest już przejezdna. Jadę z Flåm. Co prawda śnieg leży jeszcze w wielu miejscach i będziecie musieli przeprowadzić rowery, ale trasę da się pokonać. Powodzenia!

Pozostaje zatem żywić nadzieję, że dzisiejszy dzień będzie bardziej udany niż wczorajszy. Mamy powody, by tak myśleć. Otóż celem na dziś jest dojechanie do wspomnianej miejscowości Flåm, która położona jest dużo niżej, a łączna ilość zjazdów czekających na nas to około tysiąc dziewięćset metrów. W górę pokonamy o połowę mniej. Jeśli nie chcemy walczyć z dużymi przewyższeniami, wybranie takowego kierunku jazdy wydaje się być dużo bardziej rozsądne.

Norweska łaskawość kontra norweska surowość

Dzwoni budzik. Godzina siódma. Dzisiejszy dzień w porównaniu do poprzednich zaczynamy wcześnie rano. Żeby spokojnie ruszyć w trasę potrzebujemy około godziny na spakowanie ekwipunku. Niebo nadal spowite gęstymi chmurami. Co prawda deszcz już nie pada, ale ze względu na poranną rosę namiot nadal jest wilgotny. Cóż, już przyzwyczailiśmy się do tego, że nie będziemy mieli możliwości składać naszego domu na sucho. Plan na dziś nie jest zbyt wyżyłowany. Chcemy wyrobić średnią około siedemdziesięciu kilku kilometrów. Zważywszy na fakt, iż cały dzień będziemy poruszać się wzdłuż fiordu, Blondynka nie powinna narzekać na przewyższenia. Wiatr chwilowo również nie daje się we znaki. Z analizy mapy wynika, że mamy do pokonania jedenaście tuneli, z czego aż osiem można objechać starymi drogami ciągnącymi się przy granicy z fiordem. Pakujemy nasz dobytek, zawieszamy sakwy na bagażnik i opuszczamy Oddę.

Page 2 of 13

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén