Gdyby chcieć zwiedzić wszystkie włoskie zabytki, z całą pewnością można by powiedzieć, że jedno życie to za mało. Kościół na kościele, za rogiem katedra, ulicę dalej bazylika, starożytne mury miejskie, pałace, zamki, stanowiska archeologiczne, muzea, galerie obrazów. Można by w zasadzie wymieniać bez końca. Trudno się dziwić skoro jest to drugi na świecie kraj pod względem wpisów na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Cóż zatem uczynić przybywając tu na nieco ponad dwa tygodnie i to tylko do dwóch prowincji? Dobre pytanie na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

W zasadzie można kupić mapę, czy przewodnik i biegać po miastach, odhaczając punkt po punkcie z listy każdego z nich. Takich osób widać wiele. Pytanie jednak co z tego jesteśmy w stanie wynieść? Przeczytane historie, opisy konstrukcji zjawiskowych budowli pozostaną w głowie na chwilę, wymażą je opowieści z kolejnych miejsc, a koniec końców powstały mętlik nie pozwoli na przypomnienie sobie i opowiedzenie komuś czegokolwiek sensownego. Od tego są książki, które chyba lepiej zgłębić w domowym zaciszu.

Bazylika Santa Croce we Florencji

Można by zatem wybrać pojedyncze obiekty i to na nich skupić swoją uwagę. Takie rozwiązanie wydaje się o niebo lepsze. Problem w tym, że jeśli zrobimy listę najznamienitszych zabytków, okaże się, że są one związane z kultem religijnym, a we Włoszech wstęp do obiektów sakralnych wiąże się z niemałymi opłatami, co stanowi poniekąd problem. Otóż miejsce modlitwy jest w moim odczuciu miejscem modlitwy. Koniec, kropka. Stanowczo bojkotuję pobieranie opłat za wstęp do kościołów, meczetów, czy synagog. Nie docierają do mnie argumenty, że koszt utrzymania tych budowli jest ogromny. Od zajmowania się renowacją, utrzymaniem i pozyskiwaniem na to środków są stosowne instytucje i organy państwowe czy kościelne. Odpuszczam zatem i podziwianie wnętrz najznamienitszych katedr czy bazylik.

Kościół Santa Maria Novella we Florencji

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy muzeach, czy galeriach. Wracam myślami na chwilę do kilku wizyt w stolicy Wielkiej Brytanii i dwóch, czy też trzech wizyt w londyńskim British Museum. Obiekt jest tak ogromy, że dogłębne zapoznanie się ze wszystkimi eksponatami mogłoby zająć wiele lat. Pobieżna wizyta w poszczególnych działach sprawiła, że już kilka dni później nie byłbym w stanie przywołać choćby jednego eksponatu z wystawy. To samo tyczy się również National Gallery w tym samym mieście, gdzie nie przywołam żadnego zobaczonego obrazu, albo Victoria and Albert Museum, z którego pamiętam tylko tyle, że w ekspresowym tempie zdążyłem może przejść przez połowę udostępnionych do zwiedzania sal. Tym samym podczas kolejnych wizyt w British Museum odgórnie wybrałem sobie do zwiedzania dział sztuki perskiej i to tylko jemu poświęciłem bodaj trzy kolejne godziny.

Katedra Santa Maria del Fiore we Florencji

Weźmy jeszcze pod lupę warszawski POLIN, który jest zdecydowanie mniejszy niż wspomniane wyżej muzea. Cóż z tego. Również i tu zwiedzenie ciągiem całej wystawy mija się z celem, gdyż natłok informacji przyprawi nas o zawrót głowy i niewiele z wizyty będziemy w stanie zapamiętać. Tu też postanowiłem skupić się tylko na części wystawy i wrócić w późniejszym czasie, by dopełnić resztę.

Ponte Vecchio we Florencji
Mostów we Florencji co niemiara

Będąc zatem we Florencji, jeśli niestraszne nam tłumy przed słynną galerią Uffizi, sensowne wydaje się przemyślenie co tak naprawdę jest godne uwagi, co mnie interesuje.

Osobiście jednak w ostatnich latach nie mam cierpliwości do tak olbrzymich obiektów, w których znajdują się nierzadko setki tysięcy eksponatów, a bardziej moją uwagę przykuwają małe inicjatywy jak chociażby Muzeum wina i chleba w portugalskim Favaios ukrytym gdzieś w górach powyżej płynącej w dole rzeki Douro, czy też tradycyjny drewniany dom stojący na tykocińskim rynku.

Florencja widziana z Piazzale Michelangelo

Skoro molochy przytłaczają mnie swoim ogromem, wydaje się, że pozostaje mi już tylko trzecia opcja, chwilowo wydająca się najlepszą. Powolny spacer uliczkami starych miast, obserwowanie ludzi, omijanie tłumów o ile to możliwe, przesiadywanie w urokliwych knajpkach przesiąkniętych zapachem świeżo przygotowywanych potraw, w małych kawiarenkach przyciągających uwagę aromatem zaparzonej przed momentem kawy, wyłapywanie ulicznego gwaru dochodzącego z różnych stron. Co więcej błądząc bez celu, najczęściej okazuje się, że chcąc nie chcąc wszystkie istotne zabytki znajdujące się na listach przewodników wyrastają co kilkadziesiąt metrów przed nosem. Czy musiałem zatem psuć sobie frywolną percepcję odwiedzanych miejsc przez gapienie się w papierową listę najciekawszych atrakcji? Śmiem wątpić.

Chodźmy zatem na krótki spacer po Pizie. Nie, nie będziemy wchodzić na wieżę, ani do katedry, czy też baptysterium. Staniemy tuż obok na głównym placu, wypijemy espresso i zjemy rogalika z nadzieniem czekoladowym. Zachwycimy się zadbanym terenem okalającym trzy najważniejsze zabytki miasta, równo przystrzyżoną trawą, ale przede wszystkim samymi budowlami jakby zdjętymi z produkcyjnej taśmy, pachnącymi nowością, a stoją tu przecież już od kilkuset lat. Trudno pojąć jak tu czysto, jak pięknie, a chwilę po godzinie ósmej rano, jeszcze mało kto przybył na zwiedzanie, choć sytuacja niebawem ulegnie zmianie. Na szczęście Piza jest tylko krótkim przystankiem w drodze do Florencji.

Krzywa wieża i katedra w Pizie

Stolica sztuki i całego regionu, kwintesencja Toskanii. Tyle teoria. A praktyka? Zupełnie mija się z kwiecistymi opisami miasta, wyretuszowanymi pocztówkami, zdjęciami atakującymi nas z monitorów komputera, czy też sklepików z bibelotami. Wzmożony uliczny ruch, zgiełk i jak bardzo chciałbym uniknąć użycia ów słowa, nie potrafię się powstrzymać – bród. Tak, bród. W zestawieniu z widzianą kilka chwil wcześniej Pizą, Florencja wydaje się być miastem niezadbanym, mało estetycznym. Zaskakujące jest, że tuż obok można było zadbać o czystość, a tu wręcz przeciwnie.

Katedra i baptysterium w Pizie

Mijając w porannych czy też wieczornych godzinach dworzec kolejowy, schody prowadzące do jego wnętrz gęsto obsadzone są przez przybywających do Italii uchodźców. Trudno się z jednej strony dziwić, gdyż to właśnie duże miasta są celem końcowym napływowej ludności. Ów obrazek unaocznia jak duży problem Włosi mają z nielegalną imigracją. Może to właśnie dlatego właściciel hotelu, choć nie tylko i on, bo na podobne opinie łatwo również trafić w Internecie, przestrzega przed zostawianiem jakichkolwiek rzeczy na widoku w aucie stojącym na ulicy. Nie będę podejmował tematu. Nie znam liczb, suchych statystyk. Nie wiem kto kradnie. Nie wrzucę zatem imigrantów do jednego worka z hasłem złodzieje.

Ale to właśnie duże miasta są doskonałym miejscem do obserwowania przepaści jaka dzieli poszczególne klasy społeczne. Na jednej z głównych arterii, gdzie po każdej ze stron rozlokowane są największe domy mody współczesnego świata przechadzają się mężczyźni w wystylizowanych garniturach i kobiety w wyrafinowanych sukniach. Kawałek dalej wspomniani przybysze z Afryki oblegają schody dworca, a gdzieś pośrodku ktoś sprzedaje bezwartościowe bibeloty z Chin.

Czy zatem Florencja to naprawdę dusza i serce Toskanii? Może gdybyśmy przenieśli się w czasie o kilkaset lat. Dziś zapewne jest inaczej.

Na szczęście kuchnia toskańska zachwyca w każdym miejscu tak samo. Siadam na chwilę w jednej z nielicznych wąskich urokliwych uliczek, by przegryzając panini wypchane po brzegi świeżo skrojoną z wielkiego kawałka mięsa bresaolą, przełamać łykiem schłodzonego aperola. Przy panujących tu wysokich temperaturach niesie on niezwykłe orzeźwienie.

Uliczki starej Florencji

Wieczorem udaję się do tradycyjnej włoskiej tratorii. Rzadko przygotowuję w domu tradycyjne lasagne, a to tutaj zamówione jest dużo mniej pomidorowe, jednocześnie bardziej mięsne niż mojej własnej receptury. Najwidoczniej będę musiał jeszcze popracować nad poprawnością przepisu. Chciałbym koniecznie skosztować czerwonego wina z regionu Chianti. Niestety skończyło się, ale właściciel w tej samej cenie proponuje coś z półki wyżej. A podobno we Włoszech tak bardzo trzeba uważać na oszustwa w restauracjach. Obok przy stoliku siedzą dwa włoskie małżeństwa mające w okolicach siedemdziesięciu lat. Jak bardzo zawsze cieszy widok seniorów niewyalienowanych, lecz będących aktywną częścią społeczeństwa. Na koniec otrzymujemy jeszcze od przemiłego właściciela po kieliszku limoncello. Tak na lepsze trawienie dopiero co spożytej kolacji. Nie dość, że nie oszukał to jeszcze obdarował cieszącymi duszę, a w zasadzie kubki smakowe i żołądek drobiazgami. Zapomniałem jeszcze o chlebie na samym początku wieczoru.

Swego czasu ukute pojęcie city-break dość mocno zyskiwało na popularności. Łatwe, szybkie, przyjemne wyrwanie się na chwilę do innego miejsca, zmiana otoczenia, krótkie wakacje chciałoby się rzec. Nie raz sam korzystałem z tego typu możliwości. Z wiekiem, albo z większym bagażem doświadczeń – choć koniec końców może z jednym i drugim – stronię od wakacji w mieście. Zmęczony uciekam zatem czym prędzej na wieś. Toskania opowie mi lepiej swoją historię właśnie tam.