Chianti – historyczna kraina zlokalizowana w środkowej części Toskanii słynąca z uprawy winorośli, winnic porastających rozległe wzgórza oraz produkcji słynnego trunku powszechnie dostępnego również i w naszym kraju.

Dziś trudno jednoznacznie zdefiniować granice regionu. Zyskująca wśród winiarzy sławę kraina wina sprawiła, że podjęto starania o rozszerzenie jej pierwotnego terytorium ograniczającego się do trójkąta pomiędzy miejscowościami Radda, Gaiole i Castellina. Koniec końców centrum regionu nadal pozostają historyczne granice skupione wokół trzech miejscowości, a wina właśnie stamtąd określa się mianem Chianti Classico. Tylko tutejsze winnice mają prawo umieszczania na butelce symbolu regionu, czyli czarnego koguta na żółtym tle, który swego czasu był herbem Ligi Chianti. Ma być on gwarantem wysokiej jakości wina produkowanego zgodnie z wielowiekową recepturą.

No tak, winnice prowadzili tu już rzekomo Etruskowie, ale produkcja na szeroką skalę rozpoczęła się w średniowieczu. Przepis na dzisiejsze chianti pochodzi najpewniej z siedemnastego bądź osiemnastego wieku.

Wzgórza Chianti

W zasadzie w regionie można by spędzić dużo więcej czasu, pozostając na noc w jednym z urokliwych miasteczek. Panzano – najmniej turystyczne z przepięknymi tarasami widokowymi, Greve – wydające się jeszcze we właściwy sposób wyważać autentyczność z turystyką i Castellina najprzyjemniejsze dla oka, najbardziej ekskluzywne, ale też w największym stopniu przesiąknięte turystyką – dysponują doskonałą bazą noclegową. Nauczeni jednak doświadczeniem, za dnia preferujemy odwiedzić miejsca pokroju wspomnianych, a wieczorem zaszyć się gdzieś daleko na toskańskiej wsi. Wszak preferencje wyjazdowe kształtują się z czasem i jest to kwestia dalece indywidualna dla każdego z nas.

Abstrahując jednak od historycznego tła ów regionu, moją uwagę przykuwa niezliczona ilość jeżdżących po drogach rowerzystów. Co więcej dziewięćdziesiąt procent cyklistów to osoby starsze poruszające się na rowerach typowo szosowych. Cóż za koincydencja, bo w ostatnim czasie coraz bardziej po głowie chodzi mi przesiadka na tego typu rower. Może po wizycie w słonecznej Italii szybciej dorosnę do podjęcia ów decyzji.

Trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy. Obłędne krajobrazy, otaczająca z każdej strony zieleń, wyrastające jak grzyby po deszczu na każdym rogu urokliwe wioski i miasteczka z doskonałą bazą gastronomiczną, możliwość powalczenia z niemałymi przewyższeniami na trasie sprawiają, że amatorów dwóch kółek tu co niemiara. Choć nie tylko amatorów, gdyż organizatorzy słynnego Giro d’Italia nie raz trasy prowadzili właśnie przez te rejony.

Kościół świętego Salvadora w Castellina in Chianti
Zamek w Castellin in Chianti

Kto wie, może pewnego dnia warto byłoby pomknąć kolokwialnie mówiąc szosą po toskańskich szosach. Tymczasem dojeżdżam do Sieny, której przedstawiać nie trzeba nikomu. Niewątpliwie najjaśniejsza z miejskich pereł Toskanii. Wieczne miasto – choć to miano zarezerwowane jest dla stolicy Italii – zawieszona w próżni, zastana w niebycie, zatrzymana w czasie, świadkowa upadku dawnej potęgi. Takie sprawia wrażenie, albo sprawiałaby gdyby nie tłumy wszechobecnych turystów, choć w czasach pandemicznych i tak nie jest najgorzej, o czym chociażby świadczy pusty plac i puste restauracje chwilę po godzinie dwudziestej drugiej. Całkowicie nietypowy widok jak na włoskie miasto przynajmniej w czasach niepandemicznych. Zapach pizzy, wszelkiej maści makaronów gotowanych na każdym kroku, lejące się wino i inne przyziemne wspaniałości zdają się bardziej przypominać czasy cesarskiej rozpusty niż miejskiego dostojeństwa. Siena sprawia jednakże wrażenie innej niż wszystkie, a gdy jednego wieczoru zajadam się carpaccio zapiekanym w mozzarelli, a drugiego pici w gorgonzoli, chwila mogłaby nie mieć końca. Oczywiście do obu tych zestawów obowiązkowo kieliszek czerwonego Chianti. A najlepiej cała butelka.

Katedra w Sienie
Piazza del Campo w Sienie