W ciągu kilkunastu dni przebyłem Maroko z północy na południe. Zrodzone gdzieś po drugiej stronie cieśniny Gibraltarskiej na skale niewzruszenie stojącej na krańcu Starego Kontynentu marzenie o podróży do tej szemrzącej kilkanaście kilometrów dalej w tle Afryki ziściło się. Tym razem oglądałem ją nie daleko w drugim planie, ale wszedłem do jej wnętrza, starałem się wycisnąć z niej jak najwięcej, zgłębić jej duszę, poznać obyczaje i kulturę, dotknąć codzienności, porozmawiać z jej mieszkańcami. Północ sprawiająca wrażenie południowej Hiszpanii, odbicie lustrzane andaluzyjskich pueblos blancos i arabskiej architektury. Południe tętniące życiem, zupełnie inne, wrota Czarnego Lądu, jego początek i zalążek.

Maghreb nie jest miejscem zachwycającym na pierwszy rzut oka. To nie jeden z tych zakątków świata kojarzących się z miłością od pierwszego wejrzenia. Przy linii brzegowej na wzgórzu wyrastają sypiące się budynki. Cegła miesza się z blachą. Pierwsza myśl przychodząca do głowy – fawele. Ale przecież nie jestem w Brazylii.

Gdy siedzę przy stole jednej z restauracji i zajadam owoce morza, najsmaczniejsze jakimi było mi dane rozkoszować się do tej pory, kilka metrów dalej żebrzący, cuchnący, oblepiony brudem chłopak podchodzi co chwila natarczywie do stolika obok, błagając o resztki jedzenia pozostawione przez gości lokalu. Spogląda na ziemię, szuka niewypalonych do końca papierosów. Podnosi śmietnikowe klapy, jednakże niczego tam nie znajduje. Niedaleko wejścia do starej medyny przy stoliku kawiarni kobieta prosi o kilka dirhamów, zakłócając tym samym spokój pijących tam kawę gości. Kilkaset kilometrów dalej pewnego ciepłego wieczoru przy lokalu sprzedającym naleśniki szwenda się z kąta w kąt tutejszy bezdomny. Kelner restauracji znosi talerze do kuchni, wyciąga torebkę foliową i pakuje niezjedzony przez przybyszy chleb. Wręcza go biedakowi i prosi, żeby sobie poszedł. Właściciel kawiarni wyciąga kilka dirhamów, kładzie na rękę kobiety, zamyka jej dłoń, a ona dziękując w spokoju odchodzi. Sprzedawca naleśników nalewa do kubka gorącej kawy, dodaje dwie łyżeczki cukru i podaje je wrzeszczącemu mężczyźnie. Ten cichnie i odchodzi. Gdzieś indziej na wybrzeżu wzdłuż głównej drogi rozlokowane pałace i wille. Gmachy ambasad, konsulatów, ministerstw. Pomiędzy budynkami spacerują mężczyźni w szykownych garniturach. Na deptaku zakochane pary trzymają się za rękę, zasiadają w drogich jak na tutejsze warunki lokalach gastronomicznych. Na pustyni Berberowie rozkoszują się ostatnimi chwilami znośnych warunków pogodowych. Taksówkarz zapomina włączyć taksometru w aucie, a snujący się z braku zajęć samozwańczy przewodnicy oprowadzają kolejnych zbłąkanych, niczego nieświadomych turystów po mieście, wyłudzając od nich grube sumy pieniędzy. Obcy, niezwiązany z turystyką starszy mężczyzna otwiera drzwi swojego domu, okazuje serdeczność, dobro i troskę. Zwyczajna arabska rodzina pozwala poznać swoje codzienne życie dwójce przybyszy z Europy, a pustynny Berber pomaga tej samej dwójce gości w chwili nerwowego załamania.

Bieda, bród, ubóstwo, korupcja, brak jakichkolwiek możliwości na lepsze jutro miesza się z dobrobytem, inteligencją, ładem i harmonią. Chamstwo, chciwość, żerowanie na czyimś nieszczęściu, wyzysk, nieuczciwość i żądza oszustwa kontrastuje z dobrem, bezinteresownością, troskliwością, serdecznością, gościnnością, uczciwością. Chaos miesza się z harmonią, duch Starego Kontynentu odzwierciedlany na północy kraju, spaceruje ramię w ramię z duchem Czarnego Kontynentu mającym zaczątek na twarzach kilkunastu chłopców kopiących piłkę po piaskowym boisku. Pod kościołem katolickim w Polsce siedzi brudna, spocona żebraczka z plastikowym kubkiem w ręku. Ludzie wychodzą ze mszy i nie poświęcając chwili, nie spoglądając, mkną w pośpiechu przed siebie do swoich ciepłych domów. Na dworcu starszy pan prosi o jedzenie parę przechodzących młodych ludzi. Ci z oburzeniem mijają go szerokim łukiem. W korporacji zagranicznej na ostatnim piętrze wieżowca dziesiątki ludzi z głowami pochylonymi nad biurkiem szemrzą za plecami kolegów, dbając chciwie i strachliwie o swoją pozycję. Znieczulica, zatracenie fundamentalnych wartości ludzkich, całkowite wykorzenienie i wyplewienie moralności człowieczej zaszczepionej w nas wieki temu. Bezwstydna, egoistyczna, realizowana za wszelką cenę pogoń za diabelskim pieniądzem rządzącym światem.

W Afryce właściciel kawiarni wspiera staruszkę szukającą kilku groszy, kelner karmi błądzącego po ulicach chłopca, sprzedawca gasi pragnienie krzątającego się z kąta w kąt mężczyzny. Sześćdziesięcioletni emeryt z pasją i dumą opowiada o wspaniałości swojego kraju. Solidarność i braterstwo, duma i patriotyzm to wartości, po których na Starym Kontynencie nie ma śladu, cechy stojące w całkowitej opozycji, kontrastujące z charakterem i duchem Maghrebu. Maghrebu niedostępnego dla obcego przybysza, otwartego tylko dla swoich braci i sióstr. Nam pozostaje jedynie obserwować, poznawać i zgłębiać ten zakątek świata z zewnątrz, gdyż brama do jego serca, a zarazem droga do jego poznania i pełnego zrozumienia jest szczelnie zamknięta.