Gdy tylko sięgam pamięcią do dzieciństwa czy lat młodości zawsze uwielbiałem wodospady. To one były największym ucieleśnieniem potęgi natury. Przytłaczające ilości wody spadające z kilkudziesięciometrowych skał, niesamowita siła, kotłująca się para wodna wprawiały mnie zawsze w osłupienie, przepełniały podziwem, sprawiały, że nabierałem szacunku do otaczającej mnie przyrody. Wodospad Kamieńczyk w Szklarskiej Porębie, majestatyczne wodospady na Jeziorach Plitwickich, w Parku Narodowym Krka, czy też ukryte na uboczu dróg wodospady Kravica w Bośni i Hercegowinie nie dorównywały co prawda największym gigantom tej planety, ale zawsze podnosiły adrenalinę, napawały serce radością.

Przyjeżdżając do Marrakeszu taksówkarz wysadzając nas zamienił kilka słów z Fedouą. Otóż nie był on zwykłym taksówkarzem. Na co dzień zajmuje się organizowaniem wycieczek do różnorakich atrakcji turystycznych rozlokowanych wokół miasta. Poprosił naszą gospodynię o zaproponowanie nam wyprawy nad wodospad Ouzoud. Planując wyprawę, to miejsce znalazło się na mojej liście tych koniecznych do odwiedzenia. Mimo ogromnej potrzeby poświęcenia maksymalnej ilości czasu na kontakt z nową kulturą, trudno byłoby się oprzeć nie zarezerwować choćby jednego dnia na spotkanie z przyrodą. Kontakt z naturą jest swoistym oczyszczeniem, koi duszę, pozwala odpocząć, daje niezmierzone możliwości do dokonywania refleksji, pozwala zajrzeć w głąb siebie, zrozumieć rzeczy, o których na co dzień nie rozważamy. Grzechem byłaby rezygnacja ze spotkania z ogromem piasków Sahary ciągnących się jakby w nieskończoność, gajami palmowymi, wydrążonymi w korytach rzek majestatycznymi kanionami, czy też siłą i ogromem wodospadów.

Będąc jeszcze nad oceanem, Fedoua napisała krótką wiadomość. Mam dla was wycieczkę do Ouzoud za trzysta dirhamów. Kierowca z którym jechaliśmy proponował to samo za sześćset i tak też mniej więcej kształtowały się ceny w agencjach turystycznych napotkanych w mieście. Rzadko korzystam z tego typu usług, ale w tym wypadku było to dość sensowne, gdyż organizacja transportu na własną rękę kosztowałaby więcej, a sam przejazd trwałby dużo dłużej i nie mielibyśmy powrotu na noc do Fedoui. Mając na samym początku mało czasu na podróż, a w moim przypadku tego czasu zawsze jest za mało, nie chciałem tracić cennego wieczoru na obserwację życia tradycyjnej, maghrebskiej rodziny. Bezinteresowność naszej gospodyni po raz kolejny łamie stereotypy o Arabach. Zwyczajna, prosta Arabka nie ma w tym żadnego celu. Pomoc płynie wprost z serca. To jedna z tych cech, za które cenię sobie Arabów, tych neutralnych, nie związanych z przemysłem turystycznym. Trudno zresztą byłoby porównywać jedną grupę z drugą, gdyż turystyka w każdym zakątku świata jest sposobem na życie pewnej grupy ludzi, ich pracą. Nie można zatem oczekiwać bezinteresowności sprzedawcy w sklepie czy właściciela hotelu. Oni nie działają przecież charytatywnie. Za sprzedaż swoich towarów, świadczone usługi zarabiają na chleb.

Odbiór z placu głównego dzielnicy, w której mieszkamy zaplanowaliśmy na ósmą rano. Wychodzimy pół godziny wcześniej. Nie wiemy jak wygląda człowiek, który ma nas odebrać, nie mamy do niego numeru telefonu. Na szczęście to dzielnica, gdzie nie spotyka się turystów i trudno byłoby nie wypatrzyć dwóch białych stojących pośrodku placu. Kwadrans po ósmej nadal nikogo nie ma. Spoglądam na nadjeżdżające busy, ale kierowcy odjeżdżają absolutnie nie zwracając na mnie uwagi. To zatem nie ten. Ten również nie. I tamten też nie. Ósma trzydzieści. Minuty upływają coraz szybciej. Postanawiamy zamówić kawę w przydrożej restauracji i poczekać do dziewiątej. Powoli tracę wiarę. Chyba o nas zapomniał. A może po prostu nie mógł nas znaleźć i odjechał. Pięć minut przed dziewiątą duży, czarny bus zatrzymuje się przy samej restauracji. Kierowca rozgląda się na lewo i prawo. Podchodzę, pytam. To człowiek Fedoui. Wsiadamy do busiku godzinę po umówionym terminie spotkania. Dla nas Europejczyków sytuacja dość mocno stresująca, a dla kierowcy nic nadzwyczajnego. Oni nigdzie się nie spieszą. Przecież mają cały dzień. Z jednej strony spóźnianie całkowicie wyprowadza mnie z równowagi, a z drugiej po chwili namysłu zazdroszczę im tej cechy. Jak bardzo chciałbym, żeby u nas nikt się nie spieszył. Jak oczami pełnymi tęsknoty błąkam się i szukam uparcie ucieczki od pogoni za pieniądzem, za karierą, za jadącym tramwajem. Nie chcę spoglądać na zegarek, być w ciągłym pośpiechu, biec na zakupy, bo za moment zamkną sklep. Tego zazdroszczę Arabom, czegoś dla nas Europejczyków abstrakcyjnego, całkowicie z innej planety.

Przemierzamy ulice miasta, ale jak się okazuje, nie zmierzamy jeszcze do celu, gdy chwilę później przesiadamy się do innego pojazdu pełnego innych turystów. Jest w nim para Francuzów i grupka Brytyjczyków. Mając prawie komplet, wyjeżdżamy na główną drogę prowadzącą do celu. Jazda nie trwa jednak zbyt długo. Kilkadziesiąt minut później zjeżdżamy na pobocze. Postój. Pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut. Na parking zjeżdża kolejne auto, czarne osobowe BMW. Wysiada z niego starsze małżeństwo i zajmuje dwa ostatnie wolne miejsca w pojeździe. Tutaj nic się nie zmarnuje. Skorzystanie z usługi, w tym wypadku wycieczki na wodospady, możliwe jest nawet już w trakcie jej rozpoczęcia. Starsi państwo spóźnili się na spotkanie w mieście, ale dogonili busa i dołączyli do reszty grupy na trasie.

Niebo zaczynają pokrywać ciemne, gęste chmury. Robi się wietrznie, temperatura drastycznie spada a na szybie dostrzegam pierwsze krople deszczu. Jest ich coraz więcej. Kilka minut później wycieraczki nie nadążają już zbierać spadającej wody. Szczeliny w drodze napełniają się deszczówką. Spotkanie z drugim co do wielkości wodospadem Afryki nie będzie najwidoczniej należało do przyjemnych. Jeszcze kilka serpentyn, kilka podjazdów i zjazdów i docieramy do celu. Zanim jednak jeszcze ktokolwiek zdążył wysiąść z busa, w drzwiach pojawia się nieznajomy mężczyzna. To przewodnik po okolicznym terenie. Objaśnia swoją ofertę najpierw w języku francuskim, a potem w języku angielskim. Co ciekawe nie wszystko dokładnie przełożył na język angielski. Zapomniał wspomnieć o jednym drobnym szczególe. Ta usługa będzie płatna. Każdy z uczestników uiści opłatę w wysokości dwudziestu, trzydziestu dirhamów. Nie lubię korzystać z usług przewodników i prawie nigdy tego nie robię poza małymi wyjątkami, jak chociażby miejsca gdzie nie wolno wchodzić samowolnie, albo muzea, w których bez podstaw merytorycznych przedstawianych przez przewodnika niczego nie zrozumiemy, bądź też niczego się nie dowiemy. Przychodzą mi na myśl dwa przykłady, jeden to Auschwitz-Birkenau, gdzie chodzenie pomiędzy pozostałościami obozów bez historycznego podłoża nie miałoby większego sensu, a drugi to ruiny Persepolis w Iranie, gdzie również spacery wśród pozostałości skalnych musiałyby być niezwykle nudnym doświadczeniem. Chwila zwątpienia, chwila zastanowienia i stanowcza decyzja o samodzielnym zwiedzaniu terenu. Przewodnik nie potrafił wykazać się choćby odrobiną taktu i wyrozumienia. Obrażony odgraża, że bez niego niczego nie zobaczymy. Sytuację spostrzega inny oferent podobnych usług będący na wyższym poziomie kulturalnym, jednakże cena jego pracy jest dużo wyższa i sięga piętnastu euro. Małpy, wodospad z obu stron, wioski Berberów, to wszystko jest wliczone w cenę. W większości przypadków rolę wspomnianych wiosek odgrywają niestety sklepy z pamiątkami berberskimi.

Na szczęście po wyjściu z busika przestało padać, a na niebie przejaśniło się. To tylko potwierdza jak bardzo nieprzewidywalna potrafi być pogoda w górach. Ruszamy prawą stroną wzdłuż przepaści. Nikt tu nie założył barierek ochronnych, ani chociażby łańcuchów. Chwila nieuwagi i można znaleźć się kilkadziesiąt metrów niżej. Gleba przypominająca bardziej mieszankę błota wygląda jakby miała się za moment osunąć. Przyroda po raz kolejny zachwyca swym pięknem. Brązowe, wchodzące w lekki odcień czerwieni skały, pokrywa gęsta, zielona roślinność. Gdzieniegdzie przepaście porastają kaktusy. Podążamy dalej, lecz musimy zawrócić jak napotkana dwójka młodych Hiszpanek. Od tej strony niżej już się zejść po prostu nie da. Padający krótko przed naszym przybyciem deszcz spowodował, iż grzęźniemy w błocie.

Wodospad w Ouzoud

Wracając spoglądam na piękno ciągnącego się z góry ku dołowi wodospadu. Co prawda kolor pozostawia wiele do życzenia, gdyż nie jest to krystalicznie czysta, górska woda, lecz brązowa, błotnista, brudna smuga. Kierujemy się na ścieżkę znajdującą się po lewej stronie, prowadzącą na sam dół wodospadu. Po drodze napotykamy gromadę małp. Żyją tu w swoim naturalnym środowisku. Wracam na moment myślami do mojej wizyty na Gibraltarze i z przykrością stwierdzam, iż czasami te małpy są dużo mądrzejsze od przybywających tu turystów. Siedzą spokojnie na skałach, przyglądają się ludziom, skaczą po drzewach, nikomu nie przeszkadzają, a grupka niemieckich turystów, rzucając na plac resztki jedzenia, czeka, aż zwierzęta przybiegną i zacznie się agresywna walka o każdy kawałek pożywienia. Na dodatek drażnią je parasolką, wywołując ogromny hałas i zamieszanie. Bez względu na narodowość, na klasę społeczną, na środowisko z jakiego pochodzą, niektórych nie da się niestety w żaden sposób reformować. Pozostaje ostrożnie ominąć zgraję mylącą dziką przyrodę z przydrożnym cyrkiem i udać się w drogę powrotną, gdzie spotykamy naszego znajomego przewodnika idącego w pojedynkę.

Małpy w Ouzoud

Kawałek dalej, przy samym wodospadzie spotykamy dwie Brytyjki z naszej grupy. Najwidoczniej oprowadzanie nie trwało zbyt długo, a my zdołaliśmy obejrzeć to co było w repertuarze mężczyzny na dzisiejsze popołudnie. Na moment stajemy na ostatnim podeście, najbliższym wodospadowi, którego mamy na wyciągnięcie ręki. To spotkanie oko w oko z potęgą natury uświadamia jak bardzo kruchy jest człowiek, jak małą i słabą cząstką jest w konfrontacji z niedającą się zmierzyć siłą. W kilka sekund jesteśmy cali mokrzy, a siła wiatru i spadającej na nas wody jest tak wielka, że nie ma mowy o zrobieniu jakiegokolwiek zdjęcia bez zamoczenia szkła obiektywu. Ouzoud odkrywa przed nami całe swoje prawdziwe oblicze, pokazuje pazur, zmusza do zadumy i podziwu, skłania do okazania pokory. I mimo że jest dopiero drugim co do wielkości wodospadem kontynentu dziś skrada moje serce bez reszty. A Wiktoria? Cóż, jej pozostanie jeszcze poczekać.

Jeszcze chwila spędzona w restauracji. Blondynka zamawia po raz kolejny tażin. Trudno tak naprawdę o cokolwiek innego. Prosi o formę wegetariańską. Czekamy na przyrządzenie potrawy, a góry po raz kolejny pokazują swoją nieprzewidywalność. Zrywa się ogromna wichura. Ulewa i grad bombardują blaszany dach pod którym siedzimy. W pewnym momencie mam wrażenie, że za moment spłyniemy z całym lokalem na sam dół wodospadu, że wichura roztrzaska na strzępy ów restaurację. Na szczęście tym razem Atlas jest dla nas troszkę bardziej łaskawy niż mogłoby się wydawać. Blondynka kończy konsumować podaną w międzyczasie potrawę i znajduje na samym dnie ceramicznego naczynia kość. Woła kelnera, pokazuje palcem na resztki po mięsie i wymownie spogląda na mężczyznę.

– No tak, ale jeśli chciałaby Pani takie wegetariańsko-wegetariańskie …

No tak. Jakież to typowe…

Kolejnego dnia wracamy do domu. Nie odczuwam specjalnej nostalgii. Nie mam w sobie tego specyficznego uczucia żalu, że to już koniec. Czyżby Maghreb mnie aż tak bardzo zmęczył? A może go po prostu nie zrozumiałem? Może go jeszcze nie poczułem? Może potrzebuję jeszcze czasu, by się z nim oswoić? Nie musimy się zrywać z łóżka. Fedoua zostawiła nam drugi komplet kluczy. Pakujemy swoje rzeczy, wychodzimy z domu, zostawiając klucz w skrzynce na listy. Na lotnisku musimy się pojawić trzy godziny przed planowanym odlotem ze względu na wzmożone kontrole po wczorajszych zamachach w Brukseli. Idziemy pospacerować jeszcze chwilę po mieście. Siadamy w jednym z przydrożnych barów. Zamawiamy kanapki, a Blondyna prosi o frytki.

– Nie ma frytek. To nie pora obiadowa. – odpowiada niemiły kelner.

No cóż trudno. Trzy minuty później mężczyzna zamawia frytki i je bez przeszkód dostaje. Pytam kelnera z niedowierzaniem dlaczego nie mogę zamówić frytek.

– Teraz już Pan może. – odpowiada ze stoickim spokojem.

Chyba faktycznie potrzebuję jeszcze trochę czasu, by zrozumieć Maghreb.