Wychodzimy na otwartą przestrzeń na przeciwko oazy gdzie czeka na nas berberyjski przewodnik ubrany w tradycyjne niebieskie szaty i turban. Obok niego leniwie leży czwórka dumnie spoglądających na prawo i lewo wielbłądów. Wszystkie połączone są jednym sznurem. Nie wyglądają na takie, które miałyby ochotę gdziekolwiek się ruszać. Ich żywot nie jest jednak ciężki. Napiły się i najadły, za moment ruszą na dwugodzinny spacer w stronę obozowiska. Tam posiedzą do rana, wrócą do wioski i znowu będą się lenić przez cały dzień, by w godzinach popołudniowych wyruszyć w dobrze znaną im trasę.

Nigdy nie jeździłem na koniach i innych tego typu czworonogach, ale w przypadku wielbłądów nie trzeba odznaczać się jakimiś niezwykłymi zdolnościami. Kurs dosiadania zwierzęcia trwa dosłownie kilkanaście sekund. Dzięki połączeniu wszystkich czterech wielbłądów jednym sznurkiem nie potrzeba nam czterech przewodników, gdyż wszystkie podążają za jednym Berberem trzymającym sznurek i prowadzącym pierwszego osobnika. Wielbłąd to zwierzę bardzo posłuszne. Nie odważy się wyprzedzić swojego pana, nie przyspieszy, nie zwolni. Idzie tempem nadawanym przez przewodnika. Sprawia wrażenie istoty bardzo dumnej. Gdy siada na piasku głowę ma wysoko uniesioną ku górze. Co ciekawe ten pierwszy w kawalkadzie jest jakby szefem pozostałych. Gdy jemu zachce się siedzieć, wszystkie pozostałe również muszą usiąść, gdyż łączący je sznur jest dość krótki. Gdy natomiast zapragnie wstać i poskubać trawę, wszyscy koledzy również muszą podążać krokiem swojego szefa. Wielbłąd nie pije siedząc na pustyni po wykonanym zadaniu. Tworzy sobie zapasy przed wyruszeniem w drogę i składuje je w swoim garbie. Jest to dość zabawne, gdyż spędzając z nim dwie godziny w drodze nie trudno usłyszeć przelewającą się wodę. Zwierzę ciągle żuje i przegryza znajdujący się w pysku pokarm. Od czasu do czasu zarży, ale w większość czasu idzie spokojnie i posłusznie. Na garbie przywdziane ma siedzisko oplecione wchodzącym w kolor fioletu kocem. Siodło wykończone jest metalowym, krzyżowym chwytem. Powoli człapiąc i zostawiając ślady swoimi kopytami na piachu, porusza się naprzód a wraz z nim i my. Dobrze, że to właśnie wielbłąd stąpa po piachu, gdyż ludzka stopa natychmiast zapada się co najmniej ponad kostki między ziarenkami piasku, sprawiając niezwykłe trudności w poruszaniu się.

Wrota Sahary robią piorunujące wrażenie. Monumentalne złociste wydmy fantastycznie kontrastują z błękitem nieba, odbijając światło piekącego słońca. Jedna obok drugiej, częściowo w cieniu, po części w pełnym słońcu hipnotyzują zmysły. Trudno pojąć ogrom największej pustyni świata. Ciągnie się przecież przez cały kontynent. Momentami żal serce ściska, iż nie można będzie spędzić tu więcej czasu, wypuścić się, jechać przed siebie w nieznane. Bezludzie, dla jednych tylko tony przewalającego się pod wpływem wiejącego wiatru piachu, dla mnie są przykładem czystego piękna natury. Po godzinie jazdy schodzimy na przerwę, by po kilkunastu minutach znowu dosiąść wielbłąda i dotrzeć do ukrytego za jedną z wydm obozowiska.

Berberski obóz złożony jest z siedmiu namiotów z czego sześć przeznaczonych i przerobionych jest na sypialnie, a jeden służy jako sala jadalna. Stelaż pokryty grubym, szarym płótnem przyozdobiono różowymi i zielonymi kocami. Namioty ustawiono w prostokąt, tak by po środku utworzyły pewnego rodzaju patio wyłożone kolorowymi kocami bijącymi po oczach różnego rodzaju wzorami. To jeden z moich ulubionych momentów podczas podróżowania po świecie. Jedziemy do jakiegoś kraju, poznajemy jego kulturę, tradycję, obyczaje, ale przy okazji spotykamy przybyszy z różnych zakątków naszej planety, tworząc w ten sposób multikulturową społeczność. To doskonała okazja na liźnięcie jeszcze innych kultur niezwiązanych z tą, w której obecnie jesteśmy. Andy siada z mojej lewej strony, dalej sześcioosobowa grupka Włochów. Chwilę później dołącza do nas jeszcze dwójka Argentyńczyków i dwójka Austriaków. To właśnie z nimi pojedziemy w dalszą drogę. Będąc w Afryce dotykamy przy okazji Ameryki Południowej, Oceanii tworzącej wraz z Australią najmniejszy kontynent globu i oczywiście Europy. Cztery kontynenty zebrane w jednym miejscu, na końcu świata, w totalnej oddali od cywilizacji, w ostatnim punkcie na mapie Maghrebu, niedaleko malutkiej wioski.

Berberzy nie są jednak bardziej zorganizowani niż Arabowie. Tu również panuje totalna dezinformacja. Mamy jeść obiad. Nikt nas nie poinformował kiedy to nastąpi. Nikt nas również nie poinformował co się teraz wydarzy, jaki jest program wieczoru. Cóż, pozostaje się zająć sobą.

– Czym się zajmujesz w Polsce? – zaczyna pogawędkę Andy.

Opowiadam mu trochę o swojej pracy, o tym skąd przyjechaliśmy. Trzydziestojednoletni Nowozelandczyk zajmuje się dokonywaniem pomiarów do tworzenia map, a jego żona pracuje jako lekarka. Oboje postanowili zrobić sobie przerwę w życiu zawodowym, spakowali rowerowe sakwy, kupili bilet do Afryki, przelecieli pół globu by rozpocząć swoją zaplanowaną na sześć miesięcy przygodę. Z Afryki ruszą w stronę Europy, a dokładniej Amsterdamu, by potem przez Niemcy, Szwajcarię, Włochy, Chorwację i Grecję udać się w kierunku Turcji. Niezwykły plan godny podziwu i pozazdroszczenia. Po Andym i jego zachowaniu widać, że jest człowiekiem pasji. Takich ludzi cenię sobie najbardziej. Zadaje wiele pytań, Miriam sporo rzeczy spisuje. To człowiek głodny nowych wrażeń, pełen zdolności poznawczych, otwarty na nową dawkę wiedzy i doświadczeń. Życzliwy, uczynny, serdeczny.

– Jak u Was z pogodą w tym okresie roku? – dopytuję.

– Marzec to dobry okres na przyjazd do Nowej Zelandii. Poza szczytem sezonu, odpowiednie warunki atmosferyczne dla przybyszy. Jeśli chcielibyście przyjechać, zgłoście się. Na pewno Wam pomogę. I nie mówię tego kurtuazyjnie. Naprawdę Wam pomogę. I really mean it. – zwraca się do mnie Andy.

To właśnie ta niezwykła interkulturowość współczesnego świata. Będąc w jakimkolwiek innym kraju, spotyka się ludzi o podobnych zainteresowaniach, ludzi otwartych na drugiego człowieka. Z Nowej Zelandii do Afryki nikt raczej z przypadku nie przylatuje. Są to przybysze z jakimś bagażem doświadczeń, żądni wiedzy, chcący poznawać nowe kultury. Ci tutaj przebyli już na rowerach sporą część Azji, odwiedzając takie kraje jak chociażby Wietnam czy Laos. Można się od nich wiele nauczyć, wymienić doświadczenia przed ewentualną kolejną podróżą w inny zakątek globu, taki w którym oni już byli i mogą nam coś podpowiedzieć, udzielić przydatnych rad.

Rozmowa przy miętowej herbacie mogłaby trwać godzinami, lecz w pewnym momencie jeden z Berberów ją przerywa, zapraszając wszystkich siedzących na zachód słońca. Spektakl trwa dosłownie kilka minut. Słońce w błyskawicznym tempie ukrywa się za wydmami, pozbawiając ziarenka piasku ich złocistego połysku nadanego przez promienie oświetlające je przez cały dzień. Pustynia ma to do siebie, że z ogromnego skwaru panującego w ciągu dnia, po zachodzie słońca temperatura lawinowo spada o kilkanaście stopni, a przysłowiowe słupki rtęci znajdują się w tym momencie może na ósmej, albo dziewiątej kreski podziałki. Wszyscy trzęsąc się z zimna, zbiegają do namiotów i narzucają na siebie bluzy. Tylko wielbłądy niewzruszenie, leniwie siedzą na piasku, spoglądając dumnie uniesionymi ku górze głowami to w jedną, to w drugą stronę. Włosi wbiegają jeszcze na chwilę na górę, by skorzystać z jednej z atrakcji przygotowanej dla turystów, a mianowicie deski snowboardowej pełniącej rolę deski sandboardowej. Mnie zastanawiają natomiast poczynania naszych kucharzy. Cóż ciekawego ugotują. Blondynka obawia się mieszanki warzywnej z tłustymi kawałkami mięsa.

– Kolacja! – nawołuje jeden z gospodarzy.

Berberski namiot

Wchodzimy do największego z sześciu namiotów. Podłoga wyłożona czerwonymi dywanami w czarne wzorki kontrastuje ze ścianami obleczonymi niebieskim płótnem w biało-granatowe paski. Gdzieniegdzie wisi sztuczna gałązka z liśćmi z wplecionymi żółtymi, czerwonymi i białymi kwiatami. Bukiety kwiatów stoją też na jednym ze stolików po prawej stronie, tuż przy samym wejściu. Brązową konstrukcję dachu podtrzymuje zielony filar stojący na samym środku namiotu. Na całej długości dookoła przy ścianach znajdują się ławki, choć ze względu na swoją szerokość bardziej przypominają łóżka. Niebiesko-fioletowe nakrycia uzupełnia niezmierzona ilość poduszek. Gdyby zabrakło miejsca na kanapach, każdy stolik okala jeszcze kilka drewnianych krzeseł. Siadamy przy jednym ze stołów wraz z naszą nowozelandzką dwójką. Każdy z obecnych Berberów podchodzi do poszczególnych stolików, zapala dwie świece umieszczone na metalowym świeczniku i syto zastawia stół. Na pierwsze danie, wyglądające na główne, gospodarze serwują kuskus. Gdy już wydawało się, że to najważniejszy posiłek dzisiejszego wieczoru, Berberzy nas zaskakują. Sprzątają ze stołu puste talerze i przynoszą kolejne danie. Tym razem tażin z kurczakiem o dziwo nietłustym czego najbardziej obawiała się Blondynka. Obawy nieuzasadnione, gdyż każdy kawałeczek kurczaka dokładnie i z należytą pieczołowitością obgryza Andy. Obu potrawom towarzyszy oczywiście pełen talerz błogiego w smaku chleba.

Berberska kolacja

– Z jakimi problemami teraz walczycie w kraju? – z ciekawością napoczyna kolejną rozmowę Andy.

– Zmienił się rząd. Inna partia wygrała wybory, co nie podoba się dość sporej części społeczeństwa. – wyjaśniam pokrótce bieżącą sytuację w naszej ojczyźnie.

– Nie chcielibyście wybrać się do nas na waszej trasie po Europie? Oczywiście możecie się u nas zatrzymać. – zachęcam do odwiedzenia Polski.

– Trudno na tą chwilę odpowiedzieć jak ułożymy jeszcze dokładnie trasę. Dziękujemy za zaproszenie.

– A co ciekawego ostatnio u Was? Słyszałem w wiadomościach, że ma się odbywać referendum w związku ze zmianą flagi państwowej?

– Tak, odwieczny problem ciągnący się już od lat sześćdziesiątych. Jedni twierdzą, że myli się z flagą Australii, inni, że nawiązuje do przeszłości kolonialnej i przynależności do Wielkiej Brytanii. Wytypowano pięć różnych wzorów i właśnie teraz, w tym okresie odbywa się referendum. Zobaczymy na co się zdecydujemy. – kwituje śmiechem Andy.

– Jak najlepiej byłoby zwiedzać Nową Zelandię? – przeskakuję do innego tematu.

– Komunikacja publiczna nie jest zbyt dobrze rozwinięta. Najlepiej byłoby zdecydować się na wynajęcia kampera. Wtedy mielibyście z głowy od razu kwestie noclegowe. Kraj składa się z trzech wysp, ale w zasadzie zwiedza się dwie z nich. Wyznaczone są nawet trasy po lokacjach gdzie kręcono trylogię Władcy Pierścieni. Ale skontaktujcie się z nami jeśli będziecie chcieli przyjechać. Z miłą chęcią pomożemy w zorganizowaniu ciekawego wypadu. Jutro rano zostawię Wam namiary na siebie.

– Jeszcze raz dziękuję. Jak tylko plan wypali, na pewno się zgłosimy.

Rozmowę, która mogłaby trwać do białego rana przerywają ponownie Berberzy przynoszący deser w formie skrojonych pomarańczy posypanych cynamonem i uzupełnionych kawałkami bananów.

Berberski deser

W namiocie jest całkiem ciepło i przyjemnie. Błogość jednak musi się kiedyś skończyć, gdyż Berberzy przygotowali kolejną czysto turystyczną atrakcję, a mianowicie ognisko przy muzyce tradycyjnej. Samo ognisko, nie będą nas częstować kiełbaskami wypiekanymi na ogniu, ani nie okraszą całości schłodzonym piwem, z czego akurat niezmiernie się cieszę. Gospodarze wyciągają bębny, tradycyjne berberskie instrumenty i zaczynają swoje wieczorne przedstawienie, zachęcając od czasu do czasu uczestników spotkania do tańca, śpiewania jak i grania na bębnach. Tu jeden ze stereotypów się sprawdza, a mianowicie ten, że Włosi są jednym z najbardziej rozrywkowych narodów w Europie. To oni najchętniej udzielają się i dają się wyciągnąć na środek utworzonego przez obecnych koła. Chcąc choć trochę uchronić się od panującego chłodu zbliżam się coraz bardziej do ogniska, a że wiatr zawiewa w moją stronę kilka godzin później pożałuję tej decyzji, gdyż przenikliwy zapach palących się drewienek będzie mi towarzyszył do końca podróży. Wskazówki zegarka nieubłaganie mkną do przodu, a nasi gospodarze wyrzucą nas z łóżek skoro świt, tym razem na wschód słońca. Wieczorna toaleta okrojona zostaje do minimum. Nie ma tutaj mowy o żadnym prysznicu. Możemy jedynie umyć zęby i to by było na tyle. W każdym z namiotów przygotowano niezmierzoną ilość koców, jednakże drzwi nie wyglądają na zbyt szczelne, co zmusza nas do spięcia dwóch śpiworów w jeden duży. Wieczór na pustyni minął niezwykle szybko, ale również niezwykle przyjemnie.

Miauuuuu – słyszę dochodzący z zewnątrz dźwięk. Chyba śnię. Kot na pustyni? Niemożliwe. Muszę śnić. Nie mam ochoty na wychodzenie z namiotu i sprawdzanie co się dzieje na zewnątrz. Moja kontynuacja snu nie trwa zbyt długo gdyż chwilę później słyszę dzwoniący dzwonek. To jeden z Berberów budzący nas na wschód słońca. Gdy już zasnąłem, spało się całkiem nieźle. Co prawda rozłożone na śpiworach koce ciążyły na ciele, ale dzięki nim nie zmarzliśmy. Wygrzebuję się ze śpiwora, wyglądam przez szparę pomiędzy drzwiami a konstrukcją namiotu. Zaiste świta. Nie wiem czy kiedykolwiek będę miał jeszcze w życiu okazję być na pustyni, czy będę mógł podziwiać wschód słońca nad nieskończoną ilością piaskowych drobin, którym promienie za chwilę ponownie nadadzą złocistą barwę uwiecznianą na milionach zdjęć robionych każdego roku przez fotografów z całego świata. Wygrywam z lenistwem, wskakuję w spodnie, kurtkę i mknę zapadając się prawie po kolana w piachu na pobliską wydmę.

Stoimy i czekamy wpatrzeni w horyzont, gdzie za chwilę ma się ukazać jedyna gwiazda w naszym układzie słonecznym. Słońce powoli wychodząc zza oddalonych o kilkaset metrów wydm, obnaża przed nami swoją potęgę i majestat. Dolne promienie stają się coraz dłuższe, przesuwają się po piasku coraz bardziej w naszą stronę. Coraz większa ilość ziarenek w mgnieniu oka staje się złota, a ono nadal wznosi się z gracją ku górze. Pierwsze promienie zaczynają padać na twarz, ogrzewając delikatnie skórę. Mogłoby się wydawać, że tak rozpoczyna się każdy zwyczajny dzień. Na każdym zakątku planety słońce wstaje i zachodzi. Ten poranek jest jednak magiczny. To w końcu wschód słońca na największej pustyni świata. To wschód słońca na Saharze. Majestat i potęga natury z jednej strony, ulotność chwili uwieczniona na kliszy filmowej z drugiej strony konkurują ze sobą w zaciekłej batalii. Wynik walki pozostaje nierozstrzygnięty, gdyż co prawda słońce już wzeszło, ale ulotność chwili nie będzie w stanie wymazać spektaklu natury z pamięci na długo, o ile w ogóle kiedykolwiek jej się to uda.

Wielbłądy nadal leniwie siedzą na piasku. W pewnej chwili jeden z nich się podnosi, a za nim chcąc nie chcąc czyni to samo cała reszta kompanów. Zwierzęta jakby przyzwyczajone i świadome tego co je za chwilę czeka. Będą musiały wrócić do wioski, człapiąc po miękkim piachu. Tam czeka je nagroda w formie posiłku i wody. Udajemy się do namiotów spakować plecaki i ruszamy w kierunku czekającego na nas transportu. Kurs dosiadania czworonoga nie jest już nikomu potrzebny. Zasiadamy na wielbłądach w takiej samej kolejności w jakiej przybyliśmy tu wczoraj. Powolnie i dumnie z wyciągniętym ku górze łbem podążają posłusznie za prowadzącym je panem. Wydmy przytłaczają swoim pięknem również o poranku. W piasku tworząc dość niezwykły efekt, odbijają się cienie podążającej przed siebie czwórki przybyszy. Półtorej godziny później przychodzimy do wioski, żegnamy się z naszym przewodnikiem i udajemy się do domu Mohameda.

Ten czeka już na nas ze śniadaniem na obficie zastawionym różnymi przysmakami stole. Do wyboru kawa, herbata, soki, woda, czego tylko dusza zapragnie. Mohamed sam biega od pomieszczenia do pomieszczenia, dwoi się i troi, żeby tylko dogodzić swoim gościom. To jeden z najbardziej niesamowitych ludzi jakich spotkałem. Z jego twarzy można wyczytać dobro. Promienieje serdecznością. Jestem osobą dość nieufną i rzadko spotykam kogoś, kto ma na twarzy wypisaną uczciwość i dobroduszność. Nasz gospodarz niewątpliwie do tego elitarnego grona należy. Przy stole naszą czwórkę uzupełnia dwójka rozmawiających po niemiecku Austriaków. Valentina i Amin wynajęli samochód i podróżują przez dziesięć kolejnych dni po kraju. To ich tradycyjny sposób podróżowania. Zawsze tam gdzie jadą wynajmują auto i mkną przez nieznaną ziemię.

– To Wy jesteście tą dwójką Austriaków, o których mówił nam Mohamed? – dopytuje kurtuazyjnie Blondynka.

– Tak. – krótko odpowiada Valentina.

– Mohamed mówił nam, że jesteście autem i udajecie się w kierunku południowym. Chcielibyśmy się z Wami zabrać jeśli nie macie nic przeciwko. Wyrzucilibyście nas po drodze. Chętnie partycypowalibyśmy w kosztach przejazdu. – kontynuuję rozmowę.

– Ok, nie ma problemu. – odpowiada Amin.

Jaka ulga. Całkowicie spontaniczna sytuacja, która oszczędza nam energii i czasu. Nie musimy udawać się do stacji skąd odjeżdżają taksówki i cofać się kilkadziesiąt kilometrów do jakiejś całkowicie nam nieznanej miejscowości, żeby złapać autobus jadący o godzinie piętnastej. Wyjedziemy kilka godzin wcześniej w pełni korzystając z przedpołudnia w Hassilabied i będąc dużo wcześniej u celu niż zakładaliśmy. Spontaniczność to obok międzynarodowego społeczeństwa kolejna z preferowanych przeze mnie rzeczy. To co spontaniczne zazwyczaj okazuje się najwspanialszą przygodą, czymś co pozostaje w pamięci najdłużej, bo przecież nie było tego w planie podróży. To coś, co nas zaskakuje na miejscu, coś czego się nie spodziewaliśmy.

Zawsze staram się spisać swoje wspomnienia podczas pobytu w danym miejscu, ale w większości przypadków, a w zasadzie za każdym razem nic z tego nie wychodzi. Zazwyczaj kończę swoje notatki po pierwszym dniu pobytu, nie mając czasu i sił na spisywanie wszystkich przeżyć. Robię to po przyjeździe do domu nierzadko kilka tygodni później. To co warte spisania potrafię bez problemu wyłowić z pamięci. To co zapomniałem? Najwidoczniej nie było warte spisania.

Mohamed przyprowadza do jadalni swoją młodszą córkę. Przeurocza dziewczynka wstydzi się troszkę naszej obecności, chowając się za swoim ojcem.

– Zapytaj po angielsku jak się mają. – zachęca ją do interakcji nasz gospodarz.

Nieśmiałość jednak tym razem zwycięża. Wychodzimy z jadalni wymieniając się numerami telefonu z Alinem i umawiając na godzinę jedenastą na wyjazd z wioski. Pakujemy resztę rzeczy z sypialni, wręczamy mały upominek Mohamedowi w podzięce za gościnę i siadamy w przedpokoju, gdzie chwilę później wchodzą kolejni goście. Tym razem to przybysz z Australii i dwójką dziewczyn z Kanady. Brakuje nam zatem jeszcze tylko kogoś z Azji, aby w ciągu doby skompletować towarzystwo ze wszystkich kontynentów naszego globu. Do rozmowy dołącza Mohamed, z którym ucinamy sobie ostatnią pogawędkę. Opowiada nam o swojej siostrze, która była prawdziwą nomadką i żyła na pustyni. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wielu nomadów osiedliło się w miastach ze względu na problemy natury ekonomicznej. Zasilili szeregi branży turystycznej, świadcząc usługi jako przewodnicy wycieczek po pustyni. Rdzenni Berberzy, a dokładniej mówiąc Tuaregowie, czyli Berberzy o nomadzkim trybie życia są doskonałym przykładem negatywnego wpływu globalizacji na topnienie, a w konsekwencji zanikanie oryginalności kultur. Po dżungli amazońskiej przedstawiciele indiańskich plemion chodzą poubierani w stroje dostarczane im z pobliskich miasteczek. Tuaregowie przenoszą się do miast. Proces rozwoju, zawładnięcie świata przez wysoko rozwinięte techniki doprowadzą pewnego dnia do zubożenia naszej planety, bo przecież wiele plemion już dawno wymarło, a tych pozostałych jest już tak niewiele. Świat, a raczej cywilizacja przez swój rozwój prowadzi powolnym krokiem do samodestrukcji, wyniszczenia swojego bogactwa kulturowego. Podróżując i natykając się na przedstawicieli różnorakich kultur i plemion, sami stajemy się świadkami ich zanikania. Cóż to za Berber oprowadzający turystów na wielbłądach po pustyni? Dziś więcej możemy o nich wyczytać w książkach, usłyszeć z opowiadań jak to Mohameda o swojej siostrze, niż namacalnie doświadczyć.

– Ruszamy! – rozmowę przerywa Alin i Valentina, wchodząc do przedpokoju.

Alin wyprowadza wynajęty samochód z garażu Mohameda. Pakujemy swoje plecaki do bagażnika, żegnamy się z naszym gospodarzem i tak dobiega końca nasza przygoda z najbardziej spokojną wioską jaką miałem do tej pory okazję odwiedzić, z największą pustynią świata, z bajkowymi oazami palmowymi, z czworonogami człapiącymi dumnie po piachu i z jednym z najbardziej życzliwych ludzi na ziemi. Chodzącym przykładem promieniejącej dobroduszności i serdeczności. Człowiekiem będącym motywacją i głównym powodem dlaczego wciąż to robię i nigdy nie mam dość. To właśnie dzięki takim ludziom jak Mohamed nadal mam siły i niezmierzone pokłady motywacji by po dłuższej refleksji po powrocie do domu, powspominaniu pięknych chwil jak i tych mniej przyjemnych otworzyć atlas, spojrzeć na mapę, zamyślić się na chwilę i postawić po raz wtóry to samo pytanie. Dokąd tym razem?