Przed nami do pokonania kolejny fragment drogi. Tym razem dość krótki bo trwający troszkę ponad dwie godziny. Wjechaliśmy w nizinną część kraju. Krajobrazy nie zaskakują, ale nie mogą zaskakiwać cały czas. Wszystko wydaje się być mocno neutralne. Nie ma tu kontrastów, nie ma wyskakujących w tle pagórków, wysokich łańcuchów górskich poprzecinanych łąkami, dolinami przyozdobionymi pasącymi się zwierzętami. Co prawda gdzieniegdzie zdarzy się jakieś stado zbłąkanych krów błogo przygryzających listki traw, jednakże obrazki widziane za umazaną szybą mknącego przed siebie autobusu nie różnią się od tych znanych mi z wycieczek rowerowych po sąsiednich wioskach mojej rodzimej okolicy. Słońce wznosi się coraz wyżej, a na skórze daje się odczuć pierwszy efekt grzejących promieni. Spoglądając w przód, w oddali widzę kontury wyłaniających się budynków kolejnego ogromnego miasta, miejsca naszego przystanku, z którego udamy się w kierunku następnego celu. Budowle piaskowego koloru, górujące gdzieniegdzie w starej medynie zielone minarety dają nam do zrozumienia, że za chwilę staniemy oko w oko z prawdziwym Maghrebem, zanurzymy się w jego klimacie. Przynajmniej tak nam się w tym momencie wydaje. Głodny nowych wrażeń, namacalnego spotkania z nową kulturą ponownie spoglądam w okno pojazdu. Widzę siedzących pod murem żebraków, brud i unoszący się kurz akcentowany palącym słońcem, tłumy sprzedawców różnego typu badziewi, targowiska, a raczej stanowisko porozkładanych na ziemi koców przypominających raczej hałdy odpadów na wysypisku śmieci. Tak, to moje pierwsze skojarzenie, to miejsce wyglądem nie różni się za bardzo od wysypiska śmieci. Mam w sobie mieszankę uczuć. Nutka strachu miesza się z dużą dozą ekscytacji, gdyż już za moment wysiądziemy i zmierzymy się z kolejnym wyzwaniem. Autobus omija starą część miasta i kieruje się w stronę nowszych zabudowań, przejeżdża przez rondo skręca w prawo i wjeżdża na zajezdnię dworcową. Zabieramy plecaki i żwawym krokiem wychodzimy na plac.

Ignorując obiegających nas zewsząd taksówkarzy jak i naganiaczy autobusowych przekrzykujących się kolejnymi nazwami miejscowości do jakich oferują swoje przejazdy, wypatrujemy badawczo hali z okienkami informacyjnymi. Gdy udaje nam się w końcu zlokalizować nasz cel pytam młodą kobietę o ciemnej cerze i włosach przykrytych kolorową chustą w jaki sposób dostać się do ruin rzymskich.

– Proszę wziąć taksówkę, przedostać się na drugi dworzec i stamtąd złapiecie busa do ruin.

– Dziękuję za udzielenie informacji. Miłego dnia!

– Stwierdziła, że mamy przedostać się na inny dworzec i stamtąd jadą busy – Hmm, jest dwunasta. Szkoda czasu. Łapiemy grand taxi – kwituje Blondynka.

Wychodząc z dworca, skręcamy w prawo, obchodzimy budynek i natrafiamy na postój tak zwanych taksówek dzielonych.

– Pytaj ich.

– Bonjour. W kierunku Moulay Idriss?

– Moulay Idriss czy Voloubilis?

– Moulay Idriss. Do stanowiska archeologicznego dojdziemy na pieszo spacerem.

– W zasadzie są młodzi, młode nogi, dadzą radę. – mówi jeden do drugiego kierowcy.

To znowu sytuacja w której jeden z całej grupki zna francuski i jest tłumaczem dla pozostałych. Wychodzę z założenia, że dostaje potem jakąś dolę, wypuszczając kolejnych kierowców nie mówiących w żadnym innym języku jak tylko arabskim. Choć to tylko moje mocno subiektywne przypuszczenia, szansa na taki stan rzeczy jest dość duża. Tu wszystko jest kwestią ceny. W turystyce i transporcie nie ma ludzi bezinteresownych. Każdy patrzy na swój interes, na grubość swojego portfela.

– Na pieszo to dość ryzykowne. jest tam dużo niebezpiecznych wieśniaków, którzy mogą zaatakować turystów. – dodaje jeden z nich.

– Dobrze, dobrze. Jakoś sobie poradzimy. Jaka zatem cena? – odpowiadam.

– W jedną stronę, czy w dwie z postojem?

– W jedną bez postoju. Z powrotem sobie jakoś poradzimy.

– Nie da rady. Stamtąd w godzinach popołudniowych już nie wrócicie, gdyż ludzie jeżdżą zamówionymi taksówkami. Mają wszystkie miejsca obsadzone i nie da się już wrócić, także lepiej, żeby za Wami poczekał.

– Chcemy w jedną stronę i poczekamy, aż taksówka się napełni innymi pasażerami jadącymi w tym samym kierunku.

– Tak się nie da. Tylko taxi prywatne. To postój taksówek jadących w przeciwnym kierunku, ale w drodze wyjątku możemy pojechać tam gdzie sobie życzycie.

Życzliwość tubylców już doskonale poznaliśmy i zdajemy sobie sprawę, że nic nie jest tutaj kwestią dobrego serca, lecz bardziej wspomnianej już interesowności.

– Dobrze, jakie ceny proponujesz?

– Dwieście pięćdziesiąt dirhamów jedną stronę za całą prywatną taksówkę.

– Ale nas nie interesuje cała, tylko dwa miejsca.

– Tak się nie da.

– Ok, dziękuję w takim razie.

– Przemyślcie i wróćcie. Inaczej się nie da.

Chwila zwątpienia z mojej strony, ale Blondynka dość szybko potrząsa mną i mówi, że dotrzemy tam za wszelką cenę. Łączę się z internetem i wyszukuje stację taksówek dzielonych w pobliżu Instytutu Francuskiego na wylocie z miasta. Jakieś trzy kilometry pieszej przechadzki. Ruszamy przed siebie od czasu do czasu mierzeni spojrzeniami tubylców. Po drugiej stronie ulicy kilkadziesiąt metrów przede mną dostrzegam mały plac, porośnięty pojedynczymi drzewami, osłaniającymi stojące tam w cieniu taksówki.

– Za dwieście dirhamów w obie strony i postój w obu miejscach może skusiłbym się, ale ani grosza więcej. – oburzony rzucam w kierunku Blondynki.

– To poczekaj i zapytaj się ich za ile.

– Dzień dobry, Moulay Idriss i ruiny.

– Trzysta pięćdziesiąt dirhamów i będzie czekał godzinę w jednym miejscu i godzinę w drugim. – odczytuje moje myśli jeden z mówiących na placu w języku francuskim naganiaczy.

– Zdecydowanie za dużo. dwieście dirhamów to maksymalna stawka. – rzucam w kierunku dwóch stojących na przeciwko mężczyzn.

– Za mało. trzysta i możemy jechać. To i tak dobra cena. Spójrzcie, samochód jest całkowicie nowy, duży, komfortowy. Będziecie mieli zagwarantowany prywatny przejazd.

– Rozumiem, niestety nie posiadam takiej gotówki i nie mam takiego budżetu przeznaczonego na tą wycieczkę. Spróbujemy złapać autobus. – kwituję ofertę taksówkarzy i powoli ruszamy w stronę wspomnianego Instytutu Francuskiego.

Taksówkarzom tym razem w przeciwieństwie do grupki spotkanej wcześniej bardzo zależy i ruszają w naszą stronę.

– Dwieście pięćdziesiąt dirhamów, ale to już naprawdę ostateczna stawka.

– Przykro mi, ale tyle nie mam – kontynuuję mój marsz w stronę Instytutu.

– Dobrze. Niech będzie to dwieście dirhamów.

Jak widać ignorancją można w Maghrebie zdziałać cuda. Tubylcowi trzeba pokazać, że tak naprawdę wcale nam nie zależy na jego usługach. Mamy przecież masę czasu, nigdzie się nie spieszymy, doskonale sobie poradzimy, wybierając jakąś alternatywę. Jeśli nie teraz to za godzinę jeśli nie za godzinę to jutro. Będąc w Afryce musimy myśleć kategoriami afrykańskimi, a jedną z takich kategorii jest zgoła różne poczucie czasu. My Europejczycy mamy w naturze pośpiech. Tutaj takowe pojęcie nie istnieje. Może właśnie dlatego ludzie wydają się dużo bardziej weselsi, nigdzie się nie spieszą, nie stresują. Dogrywamy ostatnie szczegóły dotyczące czasu postoju w poszczególnych miejscach, wkładamy plecaki na tylne siedzenie pojazdu, zamykamy drzwi i ruszamy w kierunku dwóch wyznaczonych wcześniej celów. Ten kierowca również się nigdzie nie spieszy. Mimo, że ma dokładnie sprecyzowany czas postojów, podaną sumę za przejazd jedzie swoim standardowym od lat wypracowanym tempem. Cóż, taki sposób funkcjonowania.

Droga wije się przez malownicze terenu sielskich pól gdzie od czasu do czasu widać wypasające się zwierzęta i tych niebezpiecznych wieśniaków z opowieści panów przy dworcu kilkanaście minut wcześniej. Jak łatwo się domyślić ów niebezpieczeństwo w dość mocny sposób zostało podkolorowane, a wieśniacy nie wydają się kompletnie być zainteresowani turystami, a raczej poświęcają czas na codziennie powtarzane na polach zajęcia. W tle widać wyłaniające się porośnięte soczystą zielenią szczyty górskie. Choć może to zbyt dużo powiedziane, gdyż okalające teren góry nie są spektakularne jeśli chodzi o samą wysokość. Tworzą natomiast niezwykła scenerię sielskości. Gdyby nie ozdabiające co jakiś czas zbocza kaktusy, pomyślałbym, że znajduję się w Lipcach w okresie wiosny w tytułowych Chłopach Reymonta. Zbliżamy się do ronda, mijając położone malowniczo na wzgórzu Moulay Idriss, z którym przywitamy się chwilę później.

Stanowisko archeologiczne Voloubilis

Dziś wchodząc na ponad czterdziestohektarowy teren będący już tylko i wyłącznie stanowiskiem archeologicznym, możemy zostać zaczepieni co najwyżej przez jednego z przewodników turystycznych oferujących przy bramie głównej swoje usługi. Voloubilis jest ostoją spokoju, doskonałym miejscem wypoczynku, punktem obserwacji okalających je spektakularnych widoków składających się z dolin i wybijających się nad nimi w drugim tle szczytami gór.

Siadając na chwilę, możemy poczuć się jak kilkanaście wieków temu, kiedy to odbite z rąk Cesarstwa Rzymskiego przez lokalne plemiona miejsce pozostawało niezamieszkane przez siedemset kolejnych lat zanim stało się siedzibą dynastii Idrysydów. Puszczając jednak wodzy wyobraźni, nie trudniej jest przenieść się do wcześniejszych czasów, jeszcze tych z poprzedniej ery, gdy Voloubilis pełniło rolę stolicy Królestwa Mauretanii. Wtedy żyzne tereny, co zresztą daje się zauważyć i dziś po równo porastających tereny krzewach oliwnych, wypasających się leniwie zwierzętach, były doskonałym miejscem do uprawy oliwek, pszenicy czy jęczmienia, których handlem imali się tutejsi mieszkańcy. Aż trudno uwierzyć, że opustoszałe dziś uliczki tętniły kiedyś życiem. W kilkudziesięciu kompleksach wyposażonych w wyciskarki produkowano oliwę wykorzystywaną nie tylko w celach spożywczych, lecz używano jej również do zasilania lamp, do kąpieli, w celach medycznych czy też handlowych. To właśnie handel rozkwitał w Voloubilis z niezwykłą siłą. Nieco ponad sto sklepów z których większość to piekarnie, ale pośród nich zdarzały się także punkty zajmujące się produkcją i dystrybucją produktów z brązu umilały życie mieszkańcom miasta.

Ruiny wnętrz bazyliki, świątynia Kapitol, pozostałości budynków publicznych, zachowany w znakomitym stanie monumentalny łuk triumfalny, domy Orfeusza, Atlety, Rycerza, Herkulesa, Venus, czy też Pałac Gordyjski. Wszystkie te budowle tak jak ruiny Persepolis, Naghsz-e Rostam, Pasargady, rzymskiego Koloseum, czy też amfiteatru w chorwackiej Puli wprawiają w bardzo podobny nastrój, zadumy nad upadkiem potęgi starożytnych imperiów. Prężące muskuły, mieniące się bogactwem były kiedyś symbolem siły i władzy. Dziś przywołują tylko wspomnienia, stojąc bezbronnie pośród bezkresu dolin otoczonych górskim krajobrazem. To miejsca pozwalające oddać się krótkiej kontemplacji, zadumie nad historią. To także miejsca, gdzie mógłbym przesiadywać całymi godzinami. Niestety tym razem czas nagli, gdyż przy wejściu czeka na nas kierowca taksówki.

Każda podróż niesie ze sobą nowe doświadczenie. Tak samo i ta uczy, aby następnym razem na podobne miejsca poświęcić zdecydowanie więcej czasu. Wracamy do taksówki i udajemy się do oddalonego o cztery kilometry Moulay Idriss, dumnie spoglądającego na nas ze wzgórza. Mijamy znane nam rondo i udajemy się coraz wyżej, aż do placu obstawionego szczelnie przez zdezelowane taksówki. Kierowca uiszcza opłatę postojową jednemu z podchodzących typków. Najwidoczniej to kolejna zamknięta grupka mająca w swojej jurysdykcji ów terytorium. Konkurencja z zewnątrz nie jest wpuszczana, chyba, że po prostu zapłaci. Po raz kolejny wszystko wydaje się być kwestią pieniędzy. Moulay Idriss niewinnie i pięknie wygląda tylko i wyłącznie z daleka. Jego urok diametralnie zmienia się przy bliższym spotkaniu. To jak do tej pory miejsce najlepiej oddające klimat prawdziwego Maghrebu, nie przesiąkniętego jeszcze w pełni masową turystyką. Co prawda gdzieniegdzie widać turystów i banery kilku znajdujących się w miasteczku hoteli, jednakże ich liczba nie jest na tyle duża by zamazać prawdziwego ducha ów miejsca. Brud i niechlujstwo bije po oczach z każdej strony. Każdy z tubylców kieruje na nas swój ciekawski wzrok. Jedni zagadują, zachęcając do zakupu oferowanych przez siebie towarów, szczególnie różnego rodzaju jedzenia. Inni po prostu przyglądają się z ciekawością. Jeszcze inni podbiegają i oferują swoje „usługi” przewodników.

– Dzień dobry. Jestem tubylcem. Oprowadzę Was po medynie. Znam każdy zakątek miasta. – zachwalają natarczywie próbujący nas namówić na oprowadzanie z braku innych zajęć młodzi mężczyźni.

– Nie mamy zbyt wiele czasu. – odpowiadam by ich zbyć.

– Nic nie szkodzi. Dziesięć minut w zupełności wystarczy.

Łatwo wyobrazić sobie jakość usługi przewodniczej trwającej dziesięć minut. Specyfika starych medyn nakazuje mieć się na baczności, gdyż bardzo wąskie, często ślepe uliczki tworzą swego rodzaju labirynt i znalezienie się w takim miejscu sam na sam z szajką tubylców nie należy do rzeczy ani przyjemnych ani tym bardziej bezpiecznych. Przedzierając się jedną z klaustrofobicznych uliczek w stronę głównego placu napotykamy upchane jeden przy drugim straganiki z wysypującymi się ze stołów warzywami porozkładanymi w każdym z możliwych kątów. Za drewnianą ladą od czasu do czasu pojawi się jakiś sprzedawca, by nagonić kolejnych klientów do zakupów i po chwili z powrotem schować się w swojej klejącej się od brudu ciasnej klitce. Mimo ciasnoty tutejszych uliczek i hord przeciskających się to w jedną to w drugą stronę ludzi, nie brakuje dwukołowych wózków i osłów wypchanych różnymi tobołami i koszami pełnymi warzyw. Czasami przy głównej drodze daje się zauważyć jakiś większy bus dostawczy, jednakże to właśnie wspomniane wózki i owce są najchętniej wybieranym środkiem transportów do miejscowych sklepików i straganów.

Główny plac noszący dumnie nazwę obecnego króla Muhammada VI to doskonałe miejsce na chwilę oddechu. Po każdej ze stron różnorakie lokale gastronomiczne czy też kafejki gdzie spotykają się miejscowi jak i nieliczni turyści. Chwila relaksu czasami bywa jednak mylna, gdyż centrum miasteczka to także doskonałe miejsce dla lokalnych sprzedawców bibelotów, fałszywych przewodników, czy też nachalnych kobiet próbujących malować nam na rękach tatuaże z henny. Co jakiś czas da o sobie znać również miejscowy żebrak szukający finansowego wsparcia wśród przybyszy. Duża ilość ulicznych grajków wybijających byle jakie rytmy na dwóch ledwo trzymających się kupy bębnach przy wtórze stojącego kilkadziesiąt metrów przed nami gitarzysty, jak i grono fałszywych przewodników świadczą niewątpliwie o braku zajęć dla wielu mieszkańców. Nie znajdując pracy, snują się z kąta w kąt i łapią się jakichkolwiek możliwości zarobienia bądź wyżebrania paru groszy, które pozwolą ugasić głód, pragnienie, przeżyć kilka, a może kilkanaście kolejnych dni.

Centrum Moulay Idriss

Moulay Idriss jest bardzo ważnym miejscem dla społeczności muzułmańskiej. Nazwane po prawnuku proroka Mohameta, założyciela pierwszej dynastii w kraju spoczywającego w mauzoleum znajdującym się przy głównym placu jest celem pielgrzymek w sierpniu, kiedy to tłumy muzułmanów przybywają na odbywające się tu moussem, czyli święto religijne. Wśród lokalnej społeczności panuje przekonanie, iż pięć pielgrzymek do Moulay Idriss w czasie moussem równe jest jednej hadżdży do Mekki. Grobowca niestety nie zobaczymy, gdyż jest on dostępny tylko dla wiernych muzułmanów. Miasto mimo wszystko poczyniło dość spore kroki w kierunku otwarcia się na przybyszy z zewnątrz, niewiernych, a dokładniej ujmując niemuzułmanów, gdyż jeszcze do połowy dwudziestego wieku do świętego miasteczka mieli wstęp tylko i wyłącznie muzułmanie.

W takich sytuacjach zastanawiam się czy nasza europejska tolerancja nie jest posunięta zbyt daleko. Przecież w Polsce, czy jakimkolwiek innym kraju starego kontynentu nikt nie pyta przed wejściem do kościoła tudzież katedry czy jestem katolikiem, prawosławnym czy Bóg wie jakiego jeszcze innego wyznania. Każdy ma prawo przekroczyć próg świątyni niezależnie od swojego wyznania. Co więcej mogą to również zrobić ateiści. Dom Boży jest otwarty dla każdego. Nie przekonają mnie też opowiastki o tym, że Koran zabrania wchodzenia do meczetów niewiernym. Chociażby w Iranie nikt nie pyta o to czy jestem muzułmaninem przed wejściem, a nawet do miejsc świętych, miejsc kultu, świątyń gdzie spoczywają ważne postacie dla religii islamskiej. Co więcej Persowie są wyznawcami szyizmu, dokładnie tego samego nurtu co mieszkańcy odwiedzanego przez nas kraju. Tym bardziej trudno mi zrozumieć zastrzeżenia i obostrzenia w stosunku do wyznawców innych religii. Pozostaje schylić głowę, odwrócić się, pokornie odejść i uszanować panujące zasady.

Spoglądam dookoła, wypatrując jakiegoś punktu widokowego na miasto. W oddali widać schody prowadzące na wzgórze, gdzie wznosi się jakiś bardziej nowoczesny budynek.

– Taras, taras? Chodźcie, zaprowadzę Was na mój prywatny taras. Zobaczycie piękny widok na całe miasto.

To kolejne dość często towarzyszące nam zdanie przez następne kilkanaście minut. Idąc w górę, ponownie spotykamy kilka wyładowanych towarem osłów poganianych i kopanych przez swoich właścicieli. Po jednej i po drugiej stronie drogi masa stoisk, tym razem z odzieżą. Schody, ale żeby nie było tak sielsko, obstawione znudzonymi życiem młodzieńcami, tudzież wyglądającymi na pijaczków menelami. Innej drogi na szczyt nie ma, także z wypisaną na twarzy pewnością siebie kroczymy schodami ku górze. O dziwo nikt nas nie zaczepił, nikt niczego nie chciał, nikt na nas nie zwrócił nawet w najmniejszym stopniu swojej uwagi. Spoglądam naprzeciwko siebie i dostrzegam pole białych plamek. To znajdujący się na przeciwległym wzgórzu porośniętym gdzieniegdzie zielonymi krzewami cmentarz.

Cmentarz na wzgórzach

Te białe plamki to nagrobki. Ten wspomniany piękny budynek to hotel, a niedaleko przy nim oddający na ścianę mocz cuchnący żebrak. Użyłbym słowa pijak, gdyż jest obrazem stereotypowego, przysklepowego polskiego pijaka, ale przecież alkohol mimo że nie jest zabroniony, choć religia zakazuje jego spożywania muzułmanom, to trudno go nabyć. Jeśli już nam się uda ceny będą horrendalne, o czym będziemy się jeszcze mieli okazję przekonać na naszej dalszej drodze. Obchodzimy wzgórze dookoła. Jakaś pani na oko mająca trzydzieści kilka lat rzuca w naszą stronę życzliwe dzień dobry. To samo robi kilka napotkanych dzieci. Przyglądam się murom malowniczego miasteczka. Przynajmniej na pocztówkach i internetowych grafikach wygląda ono czarująco, gdyż przy spotkaniu oko w oko rzeczywistość brutalnie sprowadza nas na ziemię. Śnieżnobiałego tynku pokrywającego walące się ściany nikt zapewne już nie pamięta. Zabrudzona biel miesza się z kawowym odcieniem ścian. Gdzieniegdzie całości kolorytu dodaje wywieszone na balkonach pranie.

Widok na miasteczko

– Zobacz jaka jest ogromna różnica między tym miasteczkiem, a chociażby tymi we Włoszech. Tam wszystko takie piękne, zadbane, odrestaurowane. A tutaj? Jeśli konserwatorzy budowli się za to nie zabiorą, to za kilka lat już nikt tu nie przyjedzie, bo nie będzie dokąd przyjeżdżać. Wszystko legnie w gruzach. – stwierdzenie Blondynki kwituję milczeniem.

Doskonale oboje wiemy, że konserwatorzy za odbudowę się oczywiście nie zabiorą, bo takowych brakuje. Chętnych do kształcenia się w tym zawodzie również nie ma. Ci, którzy posiadali niezbędną wiedzę w branży już dawno poumierali, a nieliczni żyjący są już starzy. Miejsce może nie do końca legnie w gruzach, ale niewykluczone, że za kilka, a może kilkanaście lat będzie podupadłą ruiną. Po części już tak wygląda, gdy przyjrzymy mu się z bliska. Moulay Idriss, w którym teraz stoję za kilka lat będzie wyglądało zupełnie inaczej. Dynamika zmian współczesnego świata jest odpowiedzialna za to, iż następnemu pokoleniu może już nie będzie dane zobaczyć tego co ja widzę teraz. Ta niezwykłość ulotnej chwili łapana podczas każdej podróży, każdego wyjazdu do nowego zakątka świata jest najmocniejszym bodźcem gwarantującym niezapomniane przeżycia. I choć czuję potrzebę udokumentowania jak największej ilości momentów, czy to poprzez tekst pisany, czy to poprzez obiektyw aparatu, to tylko tu i teraz potrafię się jej w pełni oddać, zatonąć w niej, zgłębić ją, przeżyć w możliwie najpełniejszy sposób.

Czas nas nagli. Nie możemy przecież zapomnieć o czekającym na parkingu kierowcy taksówki. Schodząc na dół, zahaczamy o jeszcze jeden, dużo niżej umiejscowiony taras z widokiem na znajdującą się poniżej dróżkę prowadzącą na plac Muhammada VI. Spoglądamy po raz ostatni na tubylców. Z lewej strony nadjeżdża miejski autobus. Czerwona farba w wielu miejscach również już dawno temu odpadła. Po środku drogi policjant rozmawia z dwoma mężczyznami. Tak właśnie niezakłócone przez masy zagranicznych przybyszów, swoim rytmem i oryginalnym stylem, jakże różniącym się od turystycznej atmosfery i kiczu toczy się życie w prawdziwym Maghrebie.

– Taxi, taxi?- konsekwentnie ignorując kierowane w naszą stronę pytania wsiadamy do czekającego na nas pojazdu i ruszamy w drogę powrotną.

Wracamy do tego samego miejsca z którego wyruszyliśmy kilka godzin wcześniej. Mając jeszcze trochę czasu w zanadrzu kierujemy się w stronę starej części miasta. Plac El-Hedim to typowy przykład turystycznego kiczu przygotowanego z myślą o przybyszach z Europy. Dzieci grają w piłkę, uliczni sprzedawcy oferują swoje bibeloty, restauratorzy podstawiają pod nas swoje karty, by zachęcić do spożycia posiłku właśnie u nich, bo nikt inny niczego lepszego nam przecież nie jest w stanie zaoferować.

Please have a look, my friend. – błagalnym tonem prosi Blondynkę, aby rzuciła okiem na kartę dań.

– Macie jakieś dania rybne w ofercie?

– Ryb nie mamy, ale mamy sardynkową tażin.

Blondynka nie chce słyszeć o tażin. Ruszamy dalej.

Something to eat my friend? – kolejny atak na Blondynkę.

– Macie ryby? – ponawia oschle pytanie.

– Ryb nie mamy, ale tażin, kuskus.

– Coś wegetariańskiego?

– Tak, oczywiście. Sałatki.

Nie mając już ochoty na dalsze poszukiwania, gdyż w każdym z kolejnych miejsc sytuacja będzie wyglądać tak samo zostajemy, aby zaspokoić głód i poobserwować otaczający nas świat, jakże inny, niż ten widziany kilkadziesiąt minut wcześniej. Jakże różny od tego widzianego kilka godzin wcześniej i ten widziany dzień wcześniej. Najpierw cywilizowana stolica całkowicie kontrastująca z żywym, prawdziwym obliczem Maghrebu. Krótka podróż w czasie do starożytnej rzymskiej cywilizacji i powrót do rzeczywistości w formie turystycznego kiczu jakim niewątpliwie jest Meknes. Pomarańczowe, czerwone, niebieskie, różowe, zielone plastikowe krzesła zajmowane przez turystów. Najczęściej tych hiszpańskich, takich jak grupka wylansowanej młodzieży siedząca tuż obok. Północ Afryki to doskonała opcja na szybki weekendowy tani wypad w poszukiwaniu wrażeń. Mała odległość, duża siatka niskobudżetowych, bezpośrednich połączeń kusi duże grono młodych ludzi z półwyspu Iberyjskiego do spędzenia kilku wolnych dni właśnie tutaj. Młoda dziewczyna ubrana w różową bluzę i szare getry podąża krok w krok obok swojej przywdzianej w niebieską dżellabę matki. Kilka metrów przed nimi pogrążony w myślach, ciemnej karnacji starszy, łysy pan, z założonymi z tyłu rękami, w długim, zwisającym prawie do ziemi ciemnym płaszczu i luźnych materiałowych spodniach i czarnych okularach powolnym krokiem podąża w tym samym kierunku. W dwóch centralnych miejscach zbierają się spore grupki hałasującej młodzieży i dzieci w akompaniamencie swoich rodziców. Tworzą koło. Trudno dostrzec cokolwiek w środku. W pewnym momencie wyłania się mężczyzna trzymający długą drewnianą tyczkę spełniającą funkcję wędki. Kolejna z atrakcji turystycznych. Całość ozdobiona jest docierającą do naszych uszu z każdej strony kakofonią. W narożniku placu stoi namiot produkujący mocne dyskotekowe dźwięki. Po drugiej stronie zupełny kontrast tworzą wydobywające się z głośników chaotyczne, skrzeczące lokalne rytmy. Całość nakłada się na siebie, tworząc trudne do wyodrębnienia zestawienie jednego wielkiego zgiełku.

– Poprosimy o rachunek.

– Sto pięćdziesiąt dirhamów.

Widzę jak Blondynka zaczyna się gotować.

– A nie mówiłem. Zawsze pytaj o ceny soków. – uśmiechem kwituję oszustwo, które nam przed momentem zaserwowano. I tak nie pytając o cenę napoi, za każdy z nich zapłaciliśmy pięciokrotnie więcej niż normalnie kosztowałoby to u sprzedawcy soków stojącego ze swoją budką na ulicy.

Niezainteresowani zgłębianiem jarmarcznej atmosfery udajemy się w stronę dworca kolejowego. Będąc już całkiem blisko, zatrzymuję jednego z mężczyzn i pytam o drogę. Jego starszy łysiejący, szczupły, wysoki kolega energicznym krokiem rusza z nami przez środek ulicy, zatrzymując nadjeżdżające z obu stron samochody i pokazuje nam w którą stronę mamy się dalej kierować. Jestem zdziwiony, gdyż byłem przekonany, że powinniśmy udać się w zupełnie innym kierunku. Cóż, tubylec powinien mieć rację. Kilkaset metrów dalej zatrzymujemy się jeszcze przy dwójce policjantów by dopytać, czy oby na pewno podążamy we właściwą stronę.

– To tu. – policjant wskazuje palcem budynek przy którym właśnie stoimy.

– Doskonale. Dziękuję bardzo.

– Dzień dobry. Dwa bilety na osiemnastą pięćdziesiąt siedem.

– Ale takiego pociągu nie ma. On odjeżdża z dworca głównego.

– Słucham?

– To pociąg pospieszny i odjeżdża z dworca głównego. Weźcie małą taksówkę i za pięć minut będziecie na miejscu.

Moje przeczucie nie było przypadkowe. Mimo szczerych chęci pomocy zapytany na ulicy o drogę Pan wprowadził nas w błąd. Ale któż mógł przypuszczać, że są tutaj dwa dworce oddalone od siebie o może dwa kilometry. Przed dworcem stoi mały czerwony pojazd.

– Dzień dobry. Do dworca głównego.

– Piętnaście dirhamów.

– Dziesięć.

– Dobrze. Wsiadajcie.

Zostało nam piętnaście minut. Wysiadamy z pojazdu, biegniemy na hale dworca i stajemy w kilkuosobowej kolejce. Szczęśliwie kupujemy bilety na czas i wychodzimy na peron. Przynajmniej próbujemy, bo najpierw u stojącego przy drzwiach wyjściowych pana przedkładamy je do kontroli.

– Peron pierwszy. – kieruje nas we właściwe miejsce.

Podjeżdża pociąg. Czuję się trochę jak na poznańskim dworcu PKP. Pociąg wygląda identycznie jak nasze koleje TLK. Spoglądam na bilet, odszukuję wagon. Skład nie zdążył się jeszcze dobrze zatrzymać, a już wyskakuje z niego dwóch młodzieniaszków. Wchodzimy do swojego wagonu i zajmujemy miejsce w jednym z przedziałów różniących się od naszych tylko brakiem drzwi. Na przeciwko nas siedzi starszy Pan w garniturze. Chwilę później dosiada się jeszcze jeden mężczyzna wyglądający na biznesmena. Ostatnie dwa miejsca zajmuje matka z synem jedzącym przez całą drogę chipsy.

– Spójrz co się dzieje. – zwraca moją uwagę Blondynka.

Za oknem jeden ze wspomnianych młodzieńców, którzy postanowili zakończyć podróż przed czasem szarpie się z postawnym kontrolerem biletów. Kontroler uderza pasażera w głowę i przyciska go do muru krzycząc na niego. Po chwili puszcza go, popycha i pozwala mu odejść. Najwidoczniej tutaj nikt nie bawi się we wzywanie policji. Kontroler sam potrafi sobie poradzić z niechcącymi dostosować się do panujących zasad pasażerami. Niezwykle bogaty we wrażenia dzień dobiega końca, zostawiając na deser najbardziej emocjonującą część.