Wstajemy dość wcześnie bo o piątej trzydzieści rano. W zasadzie taki mieliśmy zamiar nastawiając budzik, gdyż o godzinie piątej zaczyna się pora pierwszych modlitw i głos śpiewu z miejscowych minaretów nie pozwala zmrużyć oka. Znajdujemy się najwidoczniej w pobliżu jednej z takich wież rozsianych po całym mieście. W tle słychać głos modlitw o różnym natężeniu w zależności od tego jak daleko znajdują się kolejne wieże. Jeszcze chwila na całkowite przebudzenie, kilkanaście minut porannej toalety i czas ruszać w drogę.

Wychodzimy ze starej części miasta i przy pomocy czarno białej kserówki mapy próbujemy się dostać na dworzec. Podchodzimy do ciężarówki gdzie kierowca i jeszcze jeden mężczyzna rozładowują towar. Pewnie rozwiozą go niebawem po okolicznych sklepach i bazarach. Ludzie okazują się pomocni gdyż widząc, iż błądzimy nie pytają nawet dokąd zmierzamy tylko pokazują wszyscy w tym samym kierunku dworca autobusowego. Trudno się nie spostrzec dokąd chcemy się udać. Mamy przecież znowu nasze plecaki wyładowane po brzegi, kilka mniejszych toreb zawieszonych na ramieniu. Przybywamy do małego dworca, przechodzimy przez dość schludne pomieszczenie. To zgoła inne doświadczenie niż to sprzed dwóch dni. Mała tablica z rozkładem jazdy, jedna kobieta siedząca w kasie, żadnych naganiaczy, żadnych krzyków. Zbliża się co prawda dopiero godzina siódma. Może odpowiedzialni za to zadanie panowie jeszcze się nie obudzili. Z każdą minutą pojawia się coraz więcej ludzi, ale nie są też to jakieś zastraszające ilości. Mało tu miejscowych, większość to turyści próbujący się wydostać z miasteczka i udać się na południe, a to jedyny z możliwych transferów w kierunku dalszych miejscowości. Kompania CTM robi na nas dużo większe wrażenie niż Nemje Chamal. Nikt nas nie zmusza do oddania bagaży, nikt nie chce za nie żadnych pieniędzy. Kierowca jest sympatyczny, sprawdza bilety i pozwala nam udać się do wnętrza pojazdu. Miejsca są numerowane, a na naszym ktoś już siedzi, ale po chwili opuszcza miejsce.

– Czy trzeba przestrzegać miejsc wypisanych na biletach? -pytam.

– Nie, nie trzeba – odpowiada młodzieniec.

– Przepraszam, nie wiedziałem.

– Nic nie szkodzi.

Miejsc rzekomo przestrzegać nie trzeba, ale po chwili do pojazdu wsiadają miejscowi ewidentnie sprawdzając numerków umieszczonych po bokach foteli. Autobus się powoli zapełnia, a mi jest strasznie zimno. Przechodząc ulicą w kierunku dworca, przy aptece wisiał termometr i wskazywał cztery stopnie Celsjusza. Jesteśmy w Afryce, ale znajdujemy się przecież w górzystym terenie, a o tej porze roku takie spadki temperatur są czymś normalnym. Jeszcze chwila zamieszania, bagażowy informuje osoby udające się do stacji końcowych, iż czeka ich przesiadka. Autobus rusza punktualnie. Zjeżdżamy bardzo stromą drogą w dół. Dziś będziemy mogli podziwiać otaczające nas piękno natury, gdyż przed dwoma dniami nie było to możliwe, bo przecież wjeżdżaliśmy do miasteczka w godzinach wieczornych.

Droga jest bardzo kręta, co chwilę zjazd, podjazd, zjazd, podjazd i tak bez końca. W pewnym momencie zaczynam odczuwać pewien dyskomfort, robi mi się niedobrze od tych ciągłych skoków, ale po kilku głębszych wdechach dochodzę do siebie. Pomimo tych niedogodności co chwila da się słyszeć klakson naszego pojazdu. Raz po raz kierowca trąbi na inne wyprzedzane pojazdy, tudzież znajdujących się blisko jezdni pieszych. Dookoła panuje cisza, niektórzy słuchają muzyki, inni próbują pospać. Blondynka siedząca obok także przysypia. Spoglądam na dwójkę Koreańczyków myślę sobie jak wiele tracą w tej chwili drzemiąc, zamiast spoglądać przez okno i rozkoszować się pięknem górskich krajobrazów, co z nieukrywaną radością czynię. Różnorodność kontynentu jest niezwykła. Przecież Afryka kojarzy się zazwyczaj z pustyniami, stepami, żarem lejącym się z nieba. Na północy jest zupełnie inaczej. Trochę się czuję jakbym jechał przez Bieszczady, choć panująca tu flora różni się od tej naszej ojczyźnianej. Góry porośnięte niskimi, mieniącymi się zielenią drzewami porażają pięknem. Przecież nadal jesteśmy w trakcie kalendarzowej zimy, ale jej oznak próżno tu szukać. Szarość, mgła, wilgoć widziane jeszcze przed kilkoma dniami w Europie zastępują porażające soczystością i intensywnością kolory. W zasadzie rzadko kiedy może zrobić ładne, bogate w barwy zdjęcie nie poddając go uprzednia technicznej obróbce w programach graficznych. To miejsce zdecydowanie nie wpisuje się w takowe kategorie. Góry wyglądają jak obrazki na pocztówkach sprzedawanych w sklepikach z bibelotami. Skały, miejscami gołe, ale w większości gęsto porośnięte schodzą momentami wręcz na ulicę. Po jednej stronie wysoka ściana, a po drugiej oddzielający drogę murek od kilkumetrowego spadu. Piękno gór ozdabiają skromne, ospałe, leniwe strumyczki wypełnione lodowatą wodą spływającą ze szczytów. Mijamy takich niezliczoną ilość. Poza drzewami w oczy rzucają się także różnego rodzaju palmy i niezmierzone ilości kaktusów. Zbliża się godzina ósma. W mijanych wioskach i miasteczkach widać kolorowe ubrane dzieci z torbami na plecach udające się do szkół. Miejscami mijamy pojedynczo rozsiane po polach domy, ale nie są to wioski berberskie. To raczej budowle może bogatszych ludzi, którzy chcieli żyć dalej od miasta. Są one okazałe, zazwyczaj kilkupiętrowe. Na polach widać także zwierzęta. Pasą się tu krowy, ale widać także sporo kóz, osiołków i owiec. Mijamy kolejne miejscowości i wjeżdżamy do jakiegoś większego miasteczka. Ludzie powoli budzą się do życia. Na ulicach pełno żółtych pojazdów robiących za taksówki. Trochę jak w Nowym Jorku, albo Teheranie. Zatrzymujemy się na dworcu na piętnastominutową przerwę. Blondynka się przebudziła, wychodzi z autobusu i idzie po jakieś śniadanie.

– Tylko się targuj! – napominam. Kwituje mnie uśmiechem.

Wyglądam przez okno i widzę jak trzęsie się z zimna. Kolejka jest tam całkiem spora, a tubylcom się przecież nigdzie nie spieszy także Blondynka pewnie jeszcze trochę pomarznie. Na zewnątrz stoją stoliki gdzie zasiadają pasażerowie autobusu. Piją najczęściej herbatę z miętą, albo kawę na rozgrzanie. Blondynka wraca z butelką wody i paczką wafli z czekoladowym nadzieniem. Ruszamy w dalszą drogę.

Topografia terenu ulega zmianie. Góry zamieniają się w doliny, z których gdzieniegdzie wyskakuje jakiś niski pagórek. Na pola wychodzą pasterze ze swoimi zwierzętami, kobiety ubrane w tradycyjne stroje mieniące się kolorami. W autobusie dla odmiany zaczyna się dyskusja między dwoma Kanadyjkami i tubylcem, które jest przewodnikiem innej Kanadyjki. Dość zabawnym momentem jest obcinanie przez niego paznokci w trakcie jazdy. W pewnym momencie po prawej stronie drogi przy samym polu dostrzegam coś w rodzaju farmy, gdzie osiołki skubią delikatnie porastającą glebę trawę. W tle kilka zbitych z drewna budynków. Nie wyglądają na miejsca dla zwierząt, gdyż są za wysokie. Bardzo możliwe, że mieszkają w nich pasterze. Kilkanaście kilometrów dalej pagórków już nie widać i czuję się jakbym jeździł rowerem w wiosenne południe po rodzimych wioskach. Krajobraz niczym się nie różni od tego ojczyźnianego, poza tym, że tu cały rok jest po prostu zielono. W jednym miejscu wykarczowany kawałek pola i dwie zbite z drewna bramki, gdzie młodzi chłopcy grają w piłkę. Po drugiej stronie kobiety na polach zbierające warzywa, mężczyźni rozpalający ogniska w przydrożnych rowach. Gdzieniegdzie widać rozłożone urządzenia rolnicze, tudzież konie zaprzężone w przyczepę do zwożenia zebranych na polu warzyw. Wygląda to całkiem sielankowo z okna autobusu, ale w rzeczywistości sielanką nie jest. To albo ciężka praca okraszona ogromnym wysiłkiem mający na celu uzbieranie paru dirhamów na życie, albo co gorsza brak pracy i jakichkolwiek innych zajęć zmuszający do przenoszenia się do większych miast i życia z wyłudzania, naciągania bądź w ostatecznym przypadku z żebrania.

Czterdzieści kilometrów przed stolicą wjeżdżamy na autostradę, jednakże krajobraz okolicznych miejsc pozostaje niezmienny. Nie widać nowoczesności, a raczej cały czas pola z owcami, kurami, czasami spore ilości śmieci w rowach. Autostrada dwupasmowa jest w dość dobrym stanie. Pas zieleni oddzielający jedną stronę jezdni od drugiej jest szerszy niż u nas i nie tak zadbany. Rośliny nie są przycięte, brakuje barier ochronnych, które wyłaniają się na kilkadziesiąt metrów, by po chwili znowu zniknąć. Wjazd do stolicy nie różni się niczym od jakiegokolwiek innego wjazdu do innych miast. Nie ma tutaj wyłaniających się na drugim planie wieżowców. Dookoła na przedmieściach raczej niskie zabudowania, gdzieniegdzie drewniane domki przed którymi widać wypasające się owce, bądź też kozy. Krótko po godzinie jedenastej docieramy do celu.

Dworzec to mały plac gdzie ładowane są ciężarówki firmy CTM. Tak samo jak nazwa przewoźnika autobusowego. Wychodzimy z pojazdu, a ja zaczepiam przewodnika Kanadyjki, pytając czy daleko stąd do centrum i czy należy wziąć taksówkę. Odpowiada, że tak będzie najlepiej. Rozmowę przerywa nam starszy łysy pan z wąsem, na którego nie zważam, gdyż wydaje mi się być taksówkarzem oferującym swoje usługi. W pewnym momencie udaje mi się wychwycić kilka słów wypowiadanych przez mężczyznę.

– Nie potrzebujecie taksówki. Jestem Boubker.

– Boubker? Witaj! Nie spostrzegłem. Myślałem, że to kolejny taksówkarz próbujący nas zabrać. Miło mi.

Wita się z Blondynką. Nasz gospodarz to sześćdziesięciojednoletni emeryt szukający kontaktu z osobami innych kultur. Niski, łysy z resztkami siwych włosów po bokach, wyłupiastymi oczami, ciemnej cerze i siwym gęstym wąsie prowadzi nas szybkim krokiem do taksówki czekającej na rogu ulicy. Ruszamy do starej części miasta. Nasz gospodarz proponuje krótką przechadzkę po mieście na rozpoczęcie przygody ze stolicą zanim udamy się do jego mieszkania. Taksówka zatrzymuje się przy murach obronnych.

– Ile za taksówkę? – pytam zanim jeszcze wyszliśmy z pojazdu.

– Dajcie spokój – odpowiada.

– Nie lubię takich sytuacji. Skoro już nas zaprasza, to wolałbym, żebyśmy to my regulowali wszelkie rachunki za transporty i jedzenie. – zwracam się do Blondynki, która wydaje się podzielać moje zdanie.

Z drugiej strony oczywiście jestem mocno zdziwiony. Cóż to za tubylec, który nie chce od nas pieniędzy, a na dodatek jeszcze za nas płaci? Totalne kuriozum, zaprzeczenia naszych arabskich wyobrażeń. A tak naprawdę to właśnie drugie oblicze arabskiego świata pokazujące mi dobitnie, iż w każdym miejscu na ziemi znajdziemy osoby bezinteresowne, pomocne, wyciągające rękę do przybysza z innej kultury, innego kontynentu, innego zakątka świata. To łamanie mocno utartych, zakorzenionych w naszych umysłach stereotypów. O nachalności, o sztucznej życzliwości, o interesowności ludzkich poczynań. Ale do tego jeszcze wrócę w dalszych rozważaniach.

Wchodzimy na suk, czyli północnoafrykańskie targowisko. Miejsce dużo przyjemniejsze niż to widziane na początku naszej podróży. Nikt nas nie nagabuje, niczego nie proponuje. Główna dróżka wiodąca przez środek targu jest dość szeroka. Całe targowisko fragmentami zamknięte jest u góry drewnianym dachem. Przechodzimy przez różne jego części, a Boubker objaśnia nam z czego skomponowany jest maghrebski targ. Każda z nich jest podzielona na poszczególne działy. W jednej sprzedaje się wyroby spożywcze jak chociażby przyprawy, w innej pamiątki turystyczne, rękodzieło, a w jeszcze innej odzież, obuwie, czy też pirackie płyty z filmami, muzyką i grami komputerowymi. Nie ma tu jeszcze tłumów, gdyż godzina jest wczesna. Zbliża się dopiero południe. Sytuacja ulegnie zmianie za kilka godzin.

W zasadzie nasza rozmowa zaczęła się po angielsku, ale przysparza to sporo trudności naszemu hostowi, który po chwili przechodzi na francuski. W tej wersji jest mu zdecydowanie łatwiej, gdyż ów językiem posługuje się jak ojczystym, a mnie przypada niechlubna rola tłumacza. W późniejszej części dnia to docenię, gdyż będziemy mogli zgłębić kilka ciekawych tematów kulturowo-historycznych. Opowiadamy krótko o naszej dotychczasowej podróży.

– Zaczęliśmy na samej północy, potem zjechaliśmy w kierunku błękitnego miasteczka – opowiadam.

– Byliście tylko w miasteczku, czy chodziliście po górach?

– W zasadzie weszliśmy na dwa wzgórza okalające miejsce, z których roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na okolicę.

– Bardzo lubię to miejsce, a szczególnie okoliczne góry porośnięte drzewami. Jest tam sporo strumyczków, gdzie może nie szczególnie o tej porze roku, gdyż jest jeszcze zimno, ale w późniejszym okresie miło spędzić czas na piknikach, czy chociażby wędrując.

– Dla mnie osobiście to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem. Przypomina mi trochę ukryte w górach irańskie Abyaneh. Z tą różnicą, że tamto czerwone, a to niebieskie. Chciałem jeszcze przeprosić i mam nadzieję, że nie jesteś zły z powodu naszego spóźnienia. Sytuacja wyglądała następująco. Otóż poszliśmy na autobus rano i okazało się, że już nie ma biletów. Wszystko zostało wykupione. Postanowiliśmy zatem kupić od razu na kolejny dzień i zostaliśmy jeden dzień dłużej na miejscu. Z tego co udało się nam zauważyć w kierunku stolicy odjeżdżała dość spora grupa niemieckich turystów. Pewnie jakaś zorganizowana wycieczka.

– Tak to miejsce odwiedza dużo turystów z Europy. Przejdźmy się w stronę kasby. Dzisiejsza zabudowa stolicy, a w zasadzie domy w jej zabytkowej części zostały wzniesione przez muzułmańskich uchodźców przybywających tu z Hiszpanii. Samą kasbę zbudowała natomiast Dynastia Almohadów panująca zarówno tutaj jak i w południowej części Hiszpanii – tłumaczy Boubker.

Kasba w Rabacie

Faktycznie, daje się to zauważyć gdyż miejscowa kasba, w szczególności po wejściu, przypomina andaluzyjskie alkazary. Wchodzimy do środka a naszym oczom ukazuje się przepiękny zielony ogród porośnięty palmami i różnego innego rodzaju krzewami.

– Cóż to za kwiaty? – dopytuję.

– Nie mam pojęcia. Jeśli chodzi o botanikę nie pomogę.

– Może tatuaż z henny? – dobiega do Blondynki przypominająca starą cygankę kobieta.

– Nie, dziękuję – kwituje ją krótko Blondynka.

– Zobacz żółw – wołam.

– Boubker, one tu żyją w swoim środowisku naturalnym? – dopytuję.

– Nie, to czysta atrakcja turystyczna – odpowiada.

Udajemy się powoli poza kasbę na taras widokowy, a raczej kawiarenkę z widokiem na wyschniętą częściowo rzekę i znajdujący się w drugim tle ocean.

– Chcecie usiąść na jakąś kawę?

– Może później.

– Ok, spójrzcie na drugą stronę rzeki Bou Regreg (po polsku rzeka ta nazywa się Wadi Bu Rakrak jak udało mi się później ustalić). Tam leży miasto słynące z portów pirackich. Kiedyś przybijali tu piraci. W zasadzie wszystko zaczęło się od wspomnianych uciekinierów z Hiszpanii. To właśnie w pogoni za nimi ruszyły różne inne grupy, wśród których znaleźli się mauryjscy piraci. W Sale znaleźli sobie spokojny, bezpieczny przyczółek, a w pewnym okresie powołali do życia nawet Republikę Bou Regreg. Przybywali najczęściej w poszukiwaniu złota. Pierwszy z władców alawickich próbował ukrócić ich zapędy, jednakże nigdy nie wcielił tego w życie, a ataki trwały aż do dziewiętnastego wieku. Moja żona stamtąd pochodzi, ale nigdy tam nie byłem – opowiada Boubker.

Widok na Sale

– Jedna z miejscowości nad oceanem, ta znana z niebieskich łódek na pocztówkach też słynie z pirackiego portu. Chcielibyśmy się tam udać – kontynuuję.

– Kiedy się wybieracie? Mam tam apartament. Może uda nam się spotkać.

– Doskonale! Pod koniec naszej podróży na jeden dzień, także jeszcze poinformujemy.

– Uwielbiam tam jeździć. Region słynie z panującego tam mikroklimatu. Wyobraźcie sobie, że wszędzie dookoła może być trzydzieści pięć, czy nawet czterdzieści stopni, a tam temperatura nie przekracza dwudziestu kilku. Pojedziesz kilkadziesiąt kilometrów na północ lub południe i sytuacja ulega diametralnej zmianie.

– Dość ciekawe zjawisko – kwituję i szybko tłumaczę Blondynce wypowiedź naszego gospodarza.

– Najbardziej lubię tam ryby, takie świeże kupowane w porcie od rybaków.

– Szczerze mówiąc na to właśnie nastawiamy się najbardziej. Myślisz, że będzie można kupić stek z tuńczyka?

– Tego nie wiem niestety. Wszystko zależy od pory roku i łowów. Ale można tam kupić pyszne ostrygi, krewetki, langusty i innego rodzaju przysmaki. Najlepiej udać się do portu, kupić świeże ryby u rybaka, poprosić o wyczyszczenie, a następnie zabrać je do medyny, poszukać stanowisko z grillem i poprosić o przyrządzenie.

– Zatem na pewno spróbujemy.

– W zasadzie moglibyśmy się udać z powrotem w stronę domu. Zostawicie plecaki, odpoczniecie, przedstawię Was rodzinie.

– Bardzo dobry pomysł. Daleko stąd? Musimy brać taksówkę czy dojdziemy pieszo?

– Spacerem piętnaście minut.

– Zatem chodźmy.

Udając się w drogę powrotną w stronę domu idziemy poboczem trzypasmowej drogi. Nie można nawet mówić o jakiejkolwiek strefie dla pieszych, tudzież chodniku, gdyż to dosłownie skrawek kilkanaście centymetrów wyżej niż jezdnia znajdującego się betonu służącego za chodnik. W zasadzie precyzyjniej byłoby gdybym powiedział mającego służyć za chodnik, gdyż większość pieszych ignoruje ów powierzchnię i korzysta z ulicy jako strefy dla pieszych. Sposób poruszania się tubylców po ulicach przywołuje po raz kolejny wspomnienia z Iranu, gdzie człowiek przemyka pomiędzy samochodami jak po torze przeszkód. Podobnie i na ulicach afrykańskiej stolicy pieszy zbliża się do jezdni energicznym krokiem, uważnie spogląda w lewo i prawo, a następnie rusza przed siebie uważając bądź też uciekając przed nadjeżdżającymi pojazdami.

– Spójrzcie na lewo. To główny deptak stolicy i jedno z głównych miejsc festiwalu Mawazine. – mówi Boubker.

Mawazine w wolnym tłumaczeniu to rytmy świata.

– Festiwal odbywa się co roku na przełomie maja i czerwca i jest największym tego typu wydarzeniem na kontynencie. Zjeżdżają się tu wielkie światowe gwiazdy jak chociażby Jennifer Lopez, Rihanna, Sting, Enrique Iglesias, Mariah Carey czy Elton John. To miejsce mieszanki kulturowo-muzycznej. Przybywają artyści z wszelakich nurtów, zarówno rozsławionej w świecie muzyki pop, jak i tradycyjnych rytmów afrykańskich. Do stolicy poza gwiazdami światowych scen przybywają także znamienici wykonawcy muzyki arabskiej, lokalnej, ale i performerzy rytmów tradycyjnych. To właśnie Ci ostatni chcą najbardziej manifestować swoje poglądy i idee. Patronatem głównym imprezy jest oczywiście nie kto inny jak król Mohamed VI. Poza sceną rozstawioną w miejscu, które właśnie widzicie, pozostałe sześć scen zlokalizowanych jest w innych częściach miasta jak i po drugiej stronie rzeki. Scena międzynarodowa jak łatwo się domyślić to ta najważniejsza, gdzie występują najbardziej oczekiwane gwiazdy. Uzupełnieniem jest scena orientalna skupiająca artystów arabskich; scena odkryć, skromna będąca symbolem kulturowym stolicy, gdzie występują artyści lokalni; scena muzyki świata dla wykonawców rytmów tradycyjnych; scena tarab oferująca tradycyjną muzyką marokańską, Maghrebu jak i bliskiego orientu oraz ostatnia scena marokańska. W tych dniach do stolicy przybywa nawet ponad dwa miliony widzów.

Bardzo cenna informacja dla mnie, osoby lubującej się we wszelakich wydarzeniach muzycznych. Może gdybym był tu te kilka miesięcy później, w terminie odbywania się Mawazine, wziąłbym z chęcią udział w festiwalu. Niestety nie tym razem. Zbliżamy się do mieszkania Boubkera, staramy się zapamiętać punkty orientacyjne pozwalające nam potem wrócić do domu.