Gdy rano dzwoni budzik, za oknem jeszcze nie świta. Wstaję jak najwcześniej, żeby jak najszybciej dojechać do granicy, gdyż tak naprawdę nie wiadomo ile czasu zajmie jej przekraczanie. W pomieszczeniu obok nie widać, aby się ktoś krzątał także chyba nie mam co liczyć na śniadanie. Pewnie zaspali. Pakuję zatem moje sakwy, zakładam rękawice i w tym samym momencie z domu obok wychodzi właścicielka z jedzeniem i dzbankiem herbaty. Myliłem się. Jednak nie wyruszę w dalszą podróż z pustym żołądkiem. Opóźniam zatem cały wyjazd o trzydzieści minut, posilając się po raz kolejny smażonymi jajkami, kirgiskim chlebem, całą gamą owoców i słodyczy, wypijam do dna dzbanek herbaty, żegnam się z właścicielką, mówiąc, że zatrzymam się u niej również w drodze powrotnej i ruszam przed siebie.

Dziś jednak nie pojadę sam, gdyż wraz ze mną w tym samym kierunku jedzie Shin, Koreanka poznana dwa dni temu. Zatrzymujemy się jeszcze przy stacji benzynowej, gdzie Shin chce się pozbyć ostatnich kirgiskich somów i wymienić je na tadżyckie somoni. Kilka minut później mkniemy pustą, dziś prywatną dla nas drogą w czekającą przed nami otchłań. Jakość nawierzchni ulega pogorszeniu. Asfalt jest cały popękany, podziurawiony. Co prawda optycznie jest to niedostrzegalne, ale droga cały czas i przez kolejne czterdzieści pięć kilometrów będzie pięła się w górę, konsekwentnie pozbawiając sił każdego z nas. Zaczynamy na wysokości trzech tysięcy stu siedemdziesięciu metrów, a przełęcz Kyzył-Art, na której położone jest tadżyckie przejście graniczne leży na wysokości czterech tysięcy dwustu osiemdziesięciu metrów. Jest to po granicy pakistańsko-chińskiej znajdującej się na przełęczy Kunjerab, druga najwyżej położona granica państw na świecie. Musimy zatem wspiąć się o równe tysiąc sto dziesięć metrów w pionie. Ponad kilometr w górę na odcinku czterdziestu pięciu kilometrów!

Polsko-koreański duet przed atakiem na drugą najwyżej położoną granicę świata

Jedziemy zatem bardzo spokojnie, oszczędzając energię, mijając jeden drugiego, gdyż każdy jedzie swoim tempem. Raz ja wyprzedzam Shin, raz ona wyprzedza mnie. Kilkanaście kilometrów dalej przed rower wybiega mi mała dziewczynka w czerwono-czarnym swetrze, niebieskich spodniach, kruczoczarnych włosach spiętych w kucyk i czerwonych od słońca policzkach. Czaj! Czaj! – wykrzykuje, co jest jednoznaczne z zaproszeniem na herbatę. Schodzę stromym zejściem poniżej poziomu drogi na gołą polać terenu, na której stoi jurta mieszkającej tu w lecie rodziny. Oprócz wspomnianej dziewczynki, są tu jeszcze jej dwie siostry, jeden brat i matka. Ojca nie ma. Z tego co byłem w stanie wyciągnąć jest w tej chwili w pracy. W zasadzie to moja pierwsza wizyta w jurcie. Nigdy wcześniej nie gościłem w tego typu przybytku. Jurta z zewnątrz wydaje się bardzo solidną konstrukcją. Obłożona skórą i ściągnięta grubą liną. Dywan rolowany ku górze pełni funkcję drzwi. Pod wspomnianymi już linami można dostrzec dwa panele solarne. Jest to zatem jurta dwudziestego pierwszego wieku w pełnym tego słowa znaczeniu. Wokół porozrzucane przedmioty użytkowe, jak metalowe wiadra, plastikowe pojemniki, beczki, kany oraz biegające ptactwo hodowlane oraz gdzieś w oddali stado bydła i pojedynczo wypasające się jaki. Tuż za jurtą stoją usypane wieże. Nie wiem z czego, jak i nie wiem czemu służą. Niestety moja znajomość rosyjskiego nie jest na tyle dobra, by dowiedzieć się cóż to za wynalazek.

Kirgiska jurta
Niezidentyfikowane obiekty tuż przy jurcie

Wchodzę do środka i siadam pośrodku na pokrywającym podłogę czerwonym dywanie. Dzieci rozkładają przede mną czarno-biały koc i wyjmują chleb, kirgiski jogurt, morele, cukier i czarki do herbaty. Częstuję się dokładnie oglądając co znajduje się we wnętrzu kirgiskiej jurty. Przede mną metalowy piec z kominem, którego wylot znajduje się w centralnym punkcie konstrukcji. Na piecu przymocowana jakby duża płaska misa do podgrzewania wody. Tuż obok wór, w którym przechowywany jest kumys. Mała dziewczynka, gdy tylko zauważyła, że swoją uwagę skierowałem w stronę worka, natychmiast poderwała się na nogi, podbiegła i drąiem zaczęła mieszać znajdujący się w środku napój. Na ścianach wzmocnionych drewnianą konstrukcją wiszą przeróżne przedmioty od ubrań, przez torebki, po lustra, zegary, czy ozdobne koce.

Kirgiska gościnność
Worek z kumysem
Poczęstunek dla wędrownych

Chwilę później dołącza do mnie Shin, która również otrzymuje czarkę herbaty i częstuje się tym co chwilę wcześniej zostało wyłożone na kocu. W pewnym momencie jedna z dziewczynek pyta mnie czy mam może długopis. Będąc przekonanym, że mam dwa i oddając jej jeden, nadal będę mógł sporządzać notatki, wręczam jej ochoczo jak się potem okazuje mój jeden jedyny. Ja bez problemu obędę się bez długopisu, a dziewczynce ten mały upominek sprawia niezwykłą radość. Spędzamy tu jeszcze kilkanaście minut i ruszamy dalej.

Wnętrze jurty
Piec

Co jakiś czas dostrzegam pojedynczo stojące jurty na otaczającym nas z każdej strony pustkowiu. Kawałek dalej młodzi chłopcy na koniach pilnujący wypasających się jaków. W oddali widzę zbliżającego się rowerzystę. Dogania nas na rozjeździe dróg, w momencie, w którym znika asfalt a trasa zamienia się w sypki, kamienisty szuter. To Giulio, trzydziestokilkuletni, spalony od słońca Włoch o rudawych włosach.
– Jadę z Ułan Bator w Mongolii. Wracam do Włoch. Chciałbym dojechać przed świętami do domu. Jestem szalonym facetem. Jadę po sto i więcej kilometrów dziennie bez jakichkolwiek przerw. Jem jadąc. Nie zatrzymuję się. Powodzenia! – krótko pożegnał nas Giulio.

Brak asfaltu skutecznie nas spowalnia, jednakże koniec końców dojeżdżamy do kirgiskiego punktu kontroli granicznej. Celnicy są uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Nie kontrolują niczego, wbijają pieczątki wyjazdowe i życzą udanej podróży. Opuszczając teren Kirgistanu, nie wjeżdżamy bezpośrednio do Tadżykistanu. W tym momencie i przez kolejne dwadzieścia kilka kilometrów znajdziemy się na tak zwanym pasie ziemi niczyjej. Nie jesteśmy ani w Kirgistanie, ani w Tadżykistanie. Jesteśmy tak naprawdę nigdzie. Nie działają tu telefony, w zasadzie nikt tu nie mieszka, nikt nam tu nie pomoże. Jesteśmy zdani w stu procentach na samych siebie.

Im dalej i im wyżej tym bardziej zaczynam odczuwać opuszczające mnie siły. Coraz częściej robię przerwy, coraz trudniej mi oddychać. Shin została gdzieś z tyłu. Jest jakieś piętnaście, może dwadzieścia minut za mną. Wyjmuję cebulę, przegryzam, wypluwam, wącham. Kirgiska metoda zwalczania choroby wysokogórskiej jest jednak dalece nieskuteczna. Odczuwam, że zaraz pęknie mi głowa i zwymiotuję. Serce bije mi tak szybko, że muszę zrobić kolejną dłuższą przerwę. Nie mam siły by ponownie podnieść rower, a gdy już zdołam to zrobić, przepchnięcie go kolejnych dziesięć, dwadzieścia metrów wykańcza mnie do tego stopnia, że osuwam się na nogach. Nie mogę oddychać. Już wiem, że zdobycie dziś przełęczy Kyzył-Art jest niewykonalne. Zostało mi jeszcze ponad trzysta metrów w pionie do pokonania, ale nie widzę najmniejszych szans na zdobycie choćby kolejnych kilkunastu. Słaniam się i siadam obok leżącego roweru. Od strony tadżyckiej podjeżdża samochód.

– Wszystko w porządku. – pytają turyści.

– Nie. Jest źle. Nie mogę kontynuować jazdy. – odpowiadam.

– Masz orzechy. To doda Ci energii. Za trzysta metrów jest dom. Zatrzymaj się tam i odpocznij. – dodają otuchy i jadą dalej.

Jakie trzysta metrów, myślę sobie. Przecież nie mam siły, by przejść kolejnych dwadzieścia. Poczekam na Shin. Powinna tu być za jakieś dwadzieścia minut. Sam nie dam rady. Gdzieś w oddali widzę kontury rowerzystki. To musi być Shin! Jest coraz bliżej. Zatrzymuje się.

– Co się dzieje? – pyta.

– Nie dam rady. Nie mam siły, by iść dalej. Za trzysta metrów po lewej stronie stoi jakiś dom.

– Wstawaj. Idziemy. Pomogę Ci. Zostajemy tam na noc, aż dojdziesz do siebie.

Przy pomocy Shin jakoś ostatkiem sił dochodzę do położonego dwieście, może trzysta metrów dalej domu. W ostatnim momencie Koreanka chwyta mój rower, rozmawia z właścicielem, a ja wchodzę do domu i kładę się na jakimś skrawku ławki. Leżę tak kolejne dwie godziny, próbując uzupełnić witaminy, minerały, zażywam tabletki na zmniejszenie objawów choroby wysokościowej. Moje problemy oddechowe jednak jeszcze przez długi czas nie ustępują. Ponadto dopadają mnie problemy żołądkowe. Pomijając szczegóły, nie jem tego wieczoru nic. Przenoszę się do drugiego pokoju i kładę na podłodze, próbując dojść do siebie. Tego samego dnia pojawiają się tu jeszcze dwie inne osoby, dziewczyna z Hong Kongu i chłopak z Izraela. Nie za wiele jednak pamiętam.

Z perspektywy czasu i z bagażem doświadczenia przy ataku choroby wysokogórskiej na wysokości czterech tysięcy metrów zupełnie inaczej spoglądam na wyczyny Himalaistów w najwyższych górach świata zimą. W zasadzie zawsze gdy wybuchał medialny szum przy okazji kolejnej nieudanej akcji ratunkowej na najwyższych szczytach planety zastanawiałem się dlaczego Ci ludzie czując się fatalnie, nie schodzili czym prędzej na dół. Dziś już wiem jak dużą niewiedzą się wykazywałem. Będąc na wysokości czterech tysięcy metrów, nie byłem w stanie oddychać, czy podjąć jakiejkolwiek aktywności fizycznej. To tak jakbym działał w zwolnionym tempie, jakby nogi ważyły po kilka ton i nie mógłbym ich przesunąć do przodu. Ciało odmawia całkowicie posłuszeństwa, serce bije tak szybko, że każdy kolejny krok może być tym ostatnim. W zasadzie nie sposób opisać nagłego ataku tejże choroby, która przytrafiła mi się na czterech tysiącach metrów. Himalaistów spotyka zdecydowanie trudniejszych warunkach i na zdecydowanie większej wysokości. Nie muszę już sobie zadawać pytania, dlaczego nie zszedł?

Cała sytuacja pokazała również, jak ważną rolę spełnia dobry kompan w podróży. Shin nie zostawiła mnie na pastwę losu i nie realizowała swojego założonego planu. Chciała dziś dojechać co najmniej do granicy i przenocować już po stronie tadżyckiej, jednak jak powiedziała, nie ruszy się nigdzie, dopóki nie dojdę do siebie.

Budzę się kolejnego dnia krótko po ósmej. Mój oddech się uspokoił. Wstaję, jednak nadal jestem słaby. Shin czuwała w nocy i sprawdzała mój oddech, jak i temperaturę. Nie jest to jednak słabość, która nie pozwala mi chodzić. Poznaję dwójkę podróżnych z Izraela i Hong Kongu. Okazuje się, że utknęli tu na dłużej. Przybysz z Izraela, deklarując datę wjazdu do Tadżykistanu, stwierdził, że jest to kwestia umowna i na pewno wpuszczą go wcześniej. Niestety sprawy graniczne nie mają natury umownej i chłopak utknie tu na kolejne trzy dni, gdyż nikt go do Tadżykistanu wcześniej nie wpuści, bo wiza najzwyczajniej w świecie nie jest jeszcze aktualna. Sytuacja podróżniczki z Hong Kongu jest jeszcze bardziej skomplikowana. Otóż wyjechała z Tadżykistanu, nie mając przyznanej wizy do Kirgistanu. Celnicy kirgiscy odesłali ją, a tadżyccy nie wpuszczą jej z powrotem, bo wiza była jednokrotnego wjazdu.

Dom, w którym przebywamy, nie sprawia wrażenia schludnego. To ruina z płytą wiórową na ścianach, piecem w pomieszczeniu, dywanami na podłogach. Nie ma tu tak naprawdę niczego, co mogłoby umilić pobyt, choć w sytuacji w jakiej znajdowałem się wczoraj, było to zbawienne miejsce. Nie musiałem rozbijać namiotu i biwakować na czterech tysiącach metrów przy silnie wiejącym wietrze przed przełęczą.

Pakujemy wraz z Shin rowery i opuszczamy lokum. Z góry zjeżdża czwórka rowerzystów z Polski. Krótka wymiana zdań na temat dalszej drogi i zaczynamy wpychanie roweru na przełęcz Kyzył-Art. Siedem kolejnych serpentyn, z których niektóre są do tego stopnia strome, że trudno nam wpychać nasze dwukołowce, pokonujemy w nieco ponad godzinę. Przy pomniku owcy Marco Polo spotykamy po raz kolejny dwójkę wcześniej poznanych turystów, którzy próbują swoich sił w przedostaniu się do Tadżykistanu. Podchodzimy do punktu kontrolnego, gdzie musimy chwilę poczekać. Po raz kolejny pojawia się tu Chinka. Zaczyna opowiadać swoją historię, którą podłapuje mężczyzna najprawdopodobniej będący Kirgizem. Mówi biegle po angielsku, rosyjsku i dopytuje co się stało.

– Dogadałam się z turystami mającymi samochód. Powiedzieli, że przewiozą mnie z powrotem do Tadżykistanu. – opowiada podekscytowana.

– To nielegalna próba przekroczenia granicy za co pójdziecie do więzienia, więc nie radzę podejmować takich prób. – szybko prostuje Kirgiz.

– W takim razie muszę zadzwonić do ambasady z prośbą o pomoc.

– Dzwonienie nic nie da, gdyż Hongkong jest na czarnej liście Kirgistanu i ambasada w żaden sposób nie pomoże. Mogę wrócić z Tobą na kirgiskie przejście, porozmawiać z pogranicznikami i poprosić, żeby wpuścili Cię do pierwszej miejscowości, gdzie połączysz się z internetem i wyrobisz wizę. – uspokaja Kirgiz.

– Dobrze.

Co było dalej, nigdy się już nie dowiem, gdyż nasze drogi się rozjechały. Chinka jedzie w stronę Kirgistanu, a my szczęśliwi, z pieczątkami w paszportach przekraczamy granicę i stawiamy nasze pierwsze kroki w Tadżykistanie. Stało się coś, na co czekałem, o czym marzyłem przez osiem ostatnich lat.