Dzwoni budzik. Wstaję, żegnam się z Nursułtanem, rodziną i ruszą w dalszą drogę, drogę wspinaczki pośród powalających pięknem krajobrazów. Kirgistan jest relatywnie czystym państwem. Nie dostrzegam porozrzucanych śmieci. Gdzieniegdzie natomiast napotykam tabliczki z prośbą o nieśmiecenie. W zasadzie tylko raz zdarzyło mi się widzieć palące się wysypisko śmieci na ulicy w Osz. Cóż zachowania, świadomość niektórych ludzi pozostawia czasami wiele do życzenia, ale nie można mierzyć wszystkich jedną miarą, wrzucać ich do tego samego worka. Wspominał też o tym Nursułtan podczas naszych wczorajszych pogadanek, iż bardzo nie lubi śmiecących wszystkim dookoła Kirgizów.

Zatrzymuję się na jednej ze stacji paliwowych położonej po prawej stronie na wzniesieniu, by odpocząć od tej wykańczającej wspinaczki. Z pomieszczenia wybiega mężczyzna, który wyczekuje momentu, by wykorzystać okazję do pogawędki z najwidoczniej nieczęsto przejeżdżającymi tu kierowcami. Zaczyna się standardowa seria pytań. Skąd jestem? Po co tu przyjechałem? Ja nie pozostaję dłużny i również pytam go, tym razem poruszając temat stosunków z Uzbekami.

– Nie lubimy ich. Mieliśmy dwie wojny i oni chcą nas wyrzucić z naszego własnego kraju, zawładnąć sobie naszą ziemię!

W teorii mogłoby się wydawać, że w Kirgistanie żyją Kirgizi, w Tadżykistanie Tadżycy i tak dalej. Rzeczywistość w Azji Centralnej oczywiście znowu jest dużo bardziej skomplikowana. Blisko połowa Turkmenów żyje poza Turkmenistanem, w Afganistanie żyje więcej Tadżyków niż w Tadżykistanie, Uzbecy stanowią jedną szóstą populacji Kirgistanu i jedną piątą Tadżykistanu. Tym samym do 1924 roku Rosjanie nazywali ów teren Turkiestanem, zdając sobie jednocześnie sprawę, że jest to region wielokulturowy. Miejscowi często nie wiedzieli do jakiej grupy należą i w spisie powszechnym w 1926 roku podawali tylko plemię i ród. Turkiestan nigdy nie był zbiorczą jednostką, dopóki pod koniec XIX wieku nie pojawili się w nim Rosjanie. Tak samo republiki postradzieckie przed 1991 rokiem nie miały odrębnego bytu. Nowe kraje zaakceptowały wytyczenie granic przez Stalina w latach dwudziestych i trzydziestych, mimo że nijak się one miały do korzeni historycznych. Doskonałym przykładem jest tutaj Kotlina Fergańska, gdzie spotykają się granice Tadżykistanu, Uzbekistanu i Kirgistanu. Przez setki lat narody żyły ze sobą ramię w ramię. Jednak w czasach radzieckich obszary zamieszkane głównie przez Uzbeków znalazły się w granicach Kirgistanu. W 1929 roku z Uzbeckiej Republiki Radzieckiej wydzielono Tadżycką Republikę Radziecką, co spowodowało znalezienie się setek tysięcy Tadżyków po stronie uzbeckiej i odwrotnie. Sprawę jeszcze bardziej skomplikowały małe tadżyckie i uzbeckie enklawy utworzone w Kirgizji oraz kirgiskie enklawy w Uzbekistanie. W czasach radzieckich kontrole graniczne były czystą formalnością, lecz dziś ów enklawy stanowią formalny kłopot, gdyż trzeba je omijać objazdami. Ludy, które wcześniej żyły pokojowo, dzierżawiły od siebie ziemię, odwiedzały się, dziś są do siebie wrogo nastawione.

Szczególnie problematyczne stosunki są właśnie pomiędzy Kirgizami i Uzbekami. Aż jedna trzecia wszystkich mieszkańców południowego Kirgistanu to Uzbecy. Ci drudzy od zawsze zajmowali się handlem i rzemiosłem, będąc tym samym grupą znacznie zamożniejszą niż Kirgizi, którzy wcześniej prowadząc koczowniczy tryb życia, dopiero od niedawna osiedlają się w miastach. Sytuacja była pod kontrolą dopóki istniał Związek Radziecki. Wszystko zmieniło się po rozpadzie. Powodem niesnasek okazało się prawo własności do byłego kołchozu między grupami uzbeckich i kirgiskich nacjonalistów. W ciągu kilku dni zabito ponad trzysta osób, a tysiąc dwieście odniosło rany. Walki toczyły się głównie w miastach Uzgien i Osz. W trzy dni po wybuchu zamieszek Gorbaczow wysłał wojsko, które szybko poradziło sobie z konfliktem. Żeby zapobiec ponownemu wybuchowi walk, wojska pozostały tu przez kolejne pół roku. Po rozpadzie Związku Radzieckiego Kirgizi zaczęli się obawiać, że Uzbecy zdobędą zbyt dużo władzy i wpływów w nie swoim kraju. Uzbecy natomiast mieli dość nazywania ich uzbecką diasporą. Nie żyli przecież w obcym kraju. Mieszkańcami tych terenów byli od setek lat. Kirgiskie podręczniki historii całkowicie zapominają o Uzbekach, a od 2004 roku zabronione jest posługiwanie się językiem uzbeckim w oficjalnych dokumentach. Uzbecy oczywiście nie piastują żadnych stanowisk politycznych.

Kolejne spory pomiędzy zwaśnionymi rodami miały miejsce w 2010 roku. 12 czerwca zamieszki ponownie wybuchły w Osz, by chwilę później przenieść się do Dżalalabadu. Trudno powiedzieć co było zapłonem dla całej tej tragedii. Opisy są dość niespójne. Świadkowie mówią o sprzeczce Kirgiza z Uzbekiem w salonie gier „24 godziny”. Z chwili na chwilę coraz więcej osób zaczęło dołączać do sporu, który rozlał się na całe miasto. Po mieście zaczęła krążyć plotka, że Uzbecy spalili akademik i zgwałcili kirgiskie studentki, co oczywiście było nieprawdą. Miasto stało się strefą wojny, na ulicę wyjechały czołgi, a władze w Biszkeku poprosiły o pomoc Moskwę. Prezydent Miedwiediew odmówił wtrącania się w lokalny konflikt. Sytuację opanowano dopiero po pięciu dniach. Zginęło czterystu dwudziestu ludzi, a ponad dwa tysiące zostało rannych. Setki tysięcy mieszkańców uciekło do Uzbekistanu. Zniszczeniu uległo ponad dwa tysiące budynków.

Między oboma sytuacjami można dostrzec wiele podobieństw, jak słabość władz, czy spadające wskaźniki ekonomiczne. Jest jednak jedna znacząca różnica, a mianowicie w 1990 roku osiemdziesiąt procent skazanych było Kirgizami. Dwadzieścia lat później całkowicie odwrotnie, a mianowicie ponad osiemdziesiąt procent Uzbekami. Oczywiście większość sędziów i prokuratorów było Kirgizami. Stosunki między Kirgizami, a Uzbekami po dziś dzień pozostają bardzo napięte i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja mogła się w najbliższym czasie zmienić.

Kirgiz prosi mnie jeszcze o wspólne zdjęcie i mówi, żebym zajechał tu w drodze powrotnej. W zasadzie każdy człowiek, z którym zamieniłem więcej niż jedno zdanie, na informację o tym, że będę wracał tą sama drogą, prosi mnie o to, by zajechać na powrocie, porozmawiać. Gest przyjacielski, nieoceniony gest kirgiskiej życzliwości i gościnności, który dodaje energii na dalsze zmagania z coraz to trudniejszym terenem.

Polsko-kirgiski duet

Zaczynam coraz bardziej żałować, że nie ma ze mną Blondynki, która mogłaby pochwalić się lepszą znajomością języka i przeprowadzić rozmowy na bardziej szczegółowe tematy. Żałuję również, że naukę języka rozpocząłem dopiero dwa miesiące przed wyjazdem. Niestety porozumiewanie się w innym języku niż rosyjskie nie wchodzi tutaj w grę. Chyba, że ktoś zna płynnie kirgiski. Ja niestety nie znam i zmuszony jestem posiłkować się rosyjskim, a czasami miksem polskiego z rosyjskim, co w wielu przypadkach działa doskonale. Znajomość cyrylicy jest jednak niezbędna. W przeciwnym razie niczego nie będziemy w stanie przeczytać.

Gdzieś po drodze

Obserwując krajobraz dookoła, dostrzegam gdzieś w dole sypiące się budynki otoczone kamiennym murem. Dachy pokryte blachą, gdzieś obok stojąca przyczepa na zardzewiałych metalowych kołach, sterta opon oparta o wspomniany mur. Takie widoki przeplatają się z rozsypanymi wzdłuż Traktu Pamirskiego wioskami, których z każdym kilometrem jest coraz mniej. Na kolejnych odcinkach natrafiam ponownie na przyczepy i jurty i oczywiście dzieci wybiegające i przybijające piątkę.

Sypiące się budynki gdzieś w dolinie rzeki

Z naprzeciwka widzę nadjeżdżającą dwójkę rowerzystów. To francuscy emeryci jadący z Duszanbe do Osz. Zdecydowali się na podążanie główną trasą M41. Krótka wymiana zdań i każdy rusza w swoją stronę. Fascynują mnie tacy ludzie. Nie siedzą w fotelu przed telewizorem, tylko pakują sakwy i ruszają w niesamowitą podróż. Udowadniają, że nigdy nie jest za późno na podejmowanie aktywności, przeżywanie fantastycznych przygód, a wiek jest tylko i wyłącznie liczbą w dowodzie osobistym. Tego samego dnia spotykam jeszcze dwójkę motocyklistów z Polski. Jak się dowiaduję tankowanie paliwa w Tadżykistanie nie należy do zadań najłatwiejszych i trzeba na to zwrócić szczególną uwagę, by nie utknąć pośrodku niczego z pustym bakiem. Moi rozmówcy zamierzają zaopatrywać się w ten cenny surowiec w wiejskich sklepach, bo to właśnie tam rzekomo można kupić paliwo.

Jeszcze trochę gór
Jakiś znajomy rower

Droga pnie się coraz bardziej w górę, a ja mniej więcej od dwóch tysięcy dziewięciuset metrów zaczynam zauważać różnicę w oddechu, który staje się bardziej płytki i szybszy. Kolejne trzysta metrów w górę to już zadanie wydające się niemożliwym do zrealizowania. Brak aklimatyzacji na tych wysokościach mógłby okazać się tragiczny w skutkach. Tym samym podejmuję decyzję o jednym dniu przerwy w ostatniej miejscowości przed kirgisko-tadżycką granicą. Zjeżdżając z przełęczy Tałdyk, wznoszącej się na wysokość trzech tysiący sześciuset piętnastu metrów, po raz pierwszy zaczynam dostrzegać ośnieżone szczyty Pamiru. Ogarnia mnie uczucie, którego nie potrafię opisać. Marzenie szemrzące gdzieś w głowie od ośmiu lat zaczyna się urzeczywistniać. Pasmo górskie, które stało się moją obsesją zaczyna pokazywać swoje posępne oblicze. Przed wyjazdem wyobrażałem sobie góry jak każde inne, jednakże Pamir dość szybko uczy mnie pokory.

Domy i pasterskie jurty przed przełęczami
I szybko zjazd z przełęczy Tałdyk z pomnikiem owcy Marco Polo

Dojeżdżam do miasteczka i początkowo nie mogę znaleźć miejsca noclegowego. Wszystko jest zajęte. Sary Tasz jest miejscem na styku granic trzech krajów Kirgistanu, Chin i Tadżykistanu. To taki punkt startowy bądź końcowy dla wszystkich podróżników. Są tu ludzie przybywający z Chin, jadący do Tadżykistanu, bądź wracający z któregokolwiek z tych krajów. Można tu spotkać całe grono fantastycznych ludzi. Jest Stefan z Niemiec, Patrick z Australii, Shin z Korei, czy też Jarko z Finlandii, który początkowo nie chciał tu zostawać, ale zignorowanie potrzeby aklimatyzacji sprawiło, że wrócił do miasteczka odpocząć kilka kolejnych dni. Mój stan również nie jest najlepszy, ale mam nadzieję na szybką poprawę.

Sary Tasz to kilkaset rozsypanych chaotycznie domów położonych u podnóża górujących w tle szczytów chińskich i tadżyckich. Zatrzymuję się w jednym z nich. Otrzymuję pokój od starszej kobiety i za moment ta sama pani przynosi mój posiłek. Warunki życia są tu bardzo proste. Funkcję prysznica pełnią dwa wiadra, jedno ciepłej, drugie zimnej wody, które po odpowiednim wymieszaniu plastikową chochlą daje nam chwilę orzeźwienia. Toaleta to dziura w podłodze stojącego na zewnątrz drewnianego wychodka. Wiele domów zostało dość mocno nadgryzionych zębem czasu. Niektóre ceglane, ale widać też sypiące się gliniane konstrukcje z wystającymi drutami i zardzewiałą anteną satelitarną. Ich wystrój również jest bardzo prosty. Pomalowane na biało ściany pokryte jak i podłogi dywanami, niskie drewniane stoły nakryte ceratą. Meble to typowe znane nam z czasów PRLu meblościanki.

Kirgiski prysznic
Wnętrza kirgiskich domów
Kirgiska codzienność w Sary Tasz
Domy w Sary Tasz

Pierwszy wieczór spędzam z Shin i Patrickiem, którzy nocują w tym samym domu. Patrick to Australijczyk około sześćdziesiątki, z daleko posuniętą łysiną ubrany w fioletową koszulę i luźne materiałowe niebieskie spodnie. Swoją przygodę rozpoczął w Chinach. Podróż po kraju środka okazała się jednak dość skomplikowanym przeżyciem. Trudności w porozumiewaniu, załatwieniu czegokolwiek, tym bardziej, że porusza się komunikacją publiczną, sprawiły, że w Kirgistanie naprawdę odpoczywa. Jutro Pik Lenina, a pojutrze zamierza kierować się na północ Kirgistanu, w stronę Biszkeku, z którego wróci do Australii.

Shin, trzydziestotrzyletnia Koreanka to materiał na dobrą książkę. Swoją przygodę zaczęła nieco ponad rok temu również w Chinach, przemierzając jak dotąd cały kraj. Ma za sobą Pakistan, teraz jest w Kirgistanie, a dalej ruszy przez Tadżykistan, Iran do Turcji, gdzie po półtora roku zamierza zakończyć swoją podróż w Istambule i wrócić do Seulu.

W pewnym momencie do pokoju wchodzi Stefan i zaprasza mnie do domu obok. Co prawda jestem zmęczony, ale nie chcę odmawiać. Idziemy do budynku oddalonego może o jakieś pięćdziesiąt metrów.

– Musisz się ze mną napić. Tu wódka jest tańsza niż woda. Kupiłem butelkę. – zaczyna Niemiec.

– Nie mogę. Jestem na rowerze. Gdybym zaczął pić, skończyłoby się to tragicznie. – odpowiadam zaskoczony.

– Zamocz choć usta. – zachęca Stefan.

– Podróżujesz sam? – dopytuję, by zmienić temat.

– Tak. Wynająłem samochód i jadę z Biszkeku przez Tadżykistan. Jutro chcę pojechać na Pik Lenina i kierować się z powrotem do stolicy. Jeszcze nie zdecydowałem jaką drogą pojadę. To nie jest mój pierwszy raz w tych rejonach. Pracuję w pewnej organizacji. Jestem tu już po raz trzeci. Sporo miejsc zwiedziłem, jeżdżąc samochodem z żoną. Teraz jestem już rozwodnikiem. Kiedyś z Niemiec wyruszyłem autem do Mauretanii. Byłem też w zasadzie we wszystkich Sowietstanach. Chyba najtrudniejszym doświadczeniem była dla mnie podróż do Uzbekistanu. Zatrzymali tam mojego kolegę i wylądował w więzieniu. Chłopak chorował i miał przy sobie leki z zawartością kodeiny, co zresztą deklarował przy wjeździe do kraju. Powiedziano mu, że nie będzie z tego tytułu żadnych problemów. Rzeczywistość okazała się zgoła inna przy wyjeździe. Gdy tylko wzięli do kontroli jego paszport, zabrali go na przeszukanie i wyciągnęli leki. Wsadzili go do więzienia. Przyszli do celi po pięciu dniach i powiedzieli, że jeśli zapłaci siedemset dolarów to go wypuszczą. Nie widział innego wyjścia. Zapłacił. Sowietstany są specyficznym rejonem świata. Dziś co prawda wszystko się pozwoli zmienia, bo kraje zaczynają dostrzegać plusy turystyki, ale mimo wszystko zdarzają się jeszcze momenty, w których nie unikniemy płacenia łapówek. Nawet dziś, jadąc do Sary Tasz przekroczyłem prędkość w terenie zabudowanym o dziesięć kilometrów na godzinę. Zagrożono mi mandatem w wysokości dwustu dolarów. Finalnie skończyło się na dwudziestu, co i tak jest zdecydowanie za wysoką sumą jak na łapówkę, ale nie miałem mniejszego banknotu. Sam zastanawiam się, czy to w ogóle była policja. Tadżykistan jest zupełnie innym krajem niż Kirgistan. Zresztą przekonasz się jak wjedziesz. Infrastruktura, przynajmniej w wilajecie górnobadachszańskim, praktycznie nie istnieje. Ludzie są natomiast najbardziej życzliwymi jakich spotkałem w Azji Centralnej. Gdybyś potrzebował jakiejś wody, coca-coli, czegokolwiek, mów. Mam tego cały samochód. Kupiłem za dużo na początku wyjazdu.

Nasza pogawędka dobiega końca, a ja udaje się do swojego lokum odpocząć. Pierwsza noc na tak dużej wysokości jest dla mnie niezwykle trudna. Szybkie bicie serca, płytki oddech, bóle głowy. W zasadzie prawie wcale nie spałem.

Kolejny dzień mija mi na pogawędkach z Shin i regenerowaniu sił na kolejny dzień ciężkiej jazdy. Shin opowiada mi o swoich dotychczasowych przygodach. Wzbudza mój podziw, opowiadając o samotnej jeździe rowerem przez Pakistan. Może nie byłoby w tym nic nieprawdopodobnego, ale Shin jest kobietą, a jazda samotnej kobiety przez Pakistan… Cóż, w moich oczach to dość odważny wyczyn.

Udaję się do lokalnej restauracji. Mała salka z drewnianymi stolikami nakrytymi ceratą. Karta napisana cyrylicą po kirgisku. Nie pozostaje nic innego jak poprosić właścicielkę, by przyniosła cokolwiek bez mięsa. Chwilę później dostaję pieczone ziemniaki i jakieś warzywa, chleb oraz herbatę. Chleb jest nieodłącznym elementem kirgiskiego posiłku. To bardzo szanowane pożywienie. Kończę swój obiad i opuszczam lokum.

Kirgiska restauracja w Sary Tasz

Wchodzę do pobliskiego sklepu kupić wodę i coś do jedzenia. Obsługuje mnie młody chłopiec. Grymas na twarzy, rzucanie reszty pieniędzy na ladę, dobitnie pokazuje, że nie ma ochoty obsługiwać białych przybyszy z zachodu. Po raz kolejny mogłoby się nasunąć pytanie dlaczego? Przecież dzięki tym białym przybyszom zarabia. W głowie młodego człowieka siedzi pewnie zupełnie inna, już przywołana wcześniej myśl, a mianowicie oni mają wszystko, ja nie mam nic.

Market w Sary Tasz

Wracając do mojego lokum, zauważam znajomą twarz. To Jarko wyglądający jakby za chwilę miał umrzeć.

– Jarko, co się dzieje? – krzyczę.

– Przenocowałem w namiocie za Sary Tasz. Obudziłem się, czułem się fatalnie. Postanowiłem wrócić do miasteczka nabrać trochę sił. – odpowiada.

Pomagam mu znaleźć lokum. Dostaje pokój i ciepły posiłek. W zasadzie to pierwsza osoba jaką spotkałem w Sary Tasz dzień wcześniej przy stacji benzynowej. Wstępnie mieliśmy razem przemierzać tadżycką Dolinę Bartang, jednak jak się okazuje plan nie dojdzie do skutku. Ucinamy sobie krótką pogawędkę.

– Zaczynałem swoją przygodę w Biszkeku. Mam wakacje. Ostatni rok studiów przede mną. Ostatnie wakacje. Próbuję zatem wykorzystać wolny czas maksymalnie. Droga z Biszkeku do Osz nie była jakaś zachwycająca. Bardzo duży ruch samochodów. Przyjemność z jazdy jest zdecydowanie dużo większa od Osz do Sary Tasz, gdzie ruch znacząco zmalał. Jestem miłośnikiem jazdy poza utartym szlakiem. Tym samym zdecydowałem, że pojadę przez Dolinę Bartang, a potem na południu przez Dolinę Szakdara. Uwielbiam spanie pod namiotem, dlatego mało zatrzymuje się w domach ludzi. Mam nadzieję, że dojdę do zdrowia za kilka dni i ruszę dalej. Jeśli nie zdążę, złapię jakiegoś jeepa, żeby podwiózł mnie na jakimś fragmencie trasy.

Nie chcę już zabierać więcej czasu Jarko, który wygląda naprawdę źle. Wychodzę na zewnątrz. Jest coraz chłodniej. Za niecałe dwie godziny zajdzie słońce, a wiatr nadal smaga na wszystkie strony wywieszoną wysoko na maszcie flagą Kirgistanu. Zasiadam na drewnianej ławce stojącej na porośniętym częściowo trawą podwórku otoczonym przez zaniedbane budynki i leżące pod płotem wraki samochodów. Moje serce bije coraz szybciej, oddech staje się płytki, nierównomierny, odczuwam lekki specyficzny ból głowy, coś jakby szmery przebiegające z jednej na drugą półkulę. Trudno opisać ten charakterystyczny stan pierwszych objawów wysokościowych. Jestem na wysokości trzech tysięcy stu siedemdziesięciu metrów w ostatniej miejscowości przed granicą kirgisko-tadżycką. Potem już tylko dwudziestopięciokilometrowy pas ziemi niczyjej i granica. Przede mną gdzieś daleko w tle, jakby na drugim planie ośnieżone, osnute chmurami szczyty legendarnego Pamiru. Posępny, groźny, nieodkryty, tajemniczy, niewzruszony od tysięcy lat ciągle w tym samym miejscu. Czeka. A w zasadzie to ja niecierpliwie czekam na spotkanie. Od ośmiu lat czekam na spotkanie z nim. Z niezmierzonym Pamirem.