Rallarvegen

Dzisiejszy dzień rozpoczynamy od krótkiej pogawędki z mężczyzną przejeżdżającym tuż obok, jadącym do wynajętego niedaleko domku.

– Macie szczęście. Drogę otwarto kilka dni temu. Jest już przejezdna. Jadę z Flåm. Co prawda śnieg leży jeszcze w wielu miejscach i będziecie musieli przeprowadzić rowery, ale trasę da się pokonać. Powodzenia!

Pozostaje zatem żywić nadzieję, że dzisiejszy dzień będzie bardziej udany niż wczorajszy. Mamy powody, by tak myśleć. Otóż celem na dziś jest dojechanie do wspomnianej miejscowości Flåm, która położona jest dużo niżej, a łączna ilość zjazdów czekających na nas to około tysiąc dziewięćset metrów. W górę pokonamy o połowę mniej. Jeśli nie chcemy walczyć z dużymi przewyższeniami, wybranie takowego kierunku jazdy wydaje się być dużo bardziej rozsądne.

Kilka minut po godzinie dziewiątej ruszamy w kierunku Finse, nie spotykając na naszej drodze żadnego rowerzysty. Niebo nadal pokryte jest gęstą powłoką chmur, a dookoła można dostrzec zaśnieżone szczyty górskie, fragmenty lodowca Hardangerjøkulen, skarłowaciałą zieleń, mchy porastające skały, porozrzucane po całym terenie jeziora i stojące samotnie pośród niczego prywatne domki, które Norwegowie albo wynajmują chcącym zaszyć się w surowych krajobrazach turystom, bądź też sami spędzają swój wolny czas.

Krajobrazy na Rallarvegen

Do stacji kolejowej w Finse dojeżdżamy chwilę później. Na stację przyjechał pociąg. Robi się gwarno. Jedni turyści wsiadają, inni wysiadają. Krótka przerwa i ruszamy dalej w kierunku kolejnego punktu na trasie, a mianowicie Hallingskeid.

Krótka przerwa …

Na trasie zaczynają pojawiać się pierwsi rowerzyści. Ci bardziej wytrwali, którzy podjęli walkę z większymi przewyższeniami, podążają w pocie czoła od północy. Są też i Ci jadący w tym samym kierunku co my. Większość z nich wynajęła rowery w Haugastøl. W oddali widzę płaty śniegu zalegające na drodze. To pierwsza tego typu przeszkoda. Po porannej rozmowie byliśmy świadomi i oczekiwaliśmy momentu, w którym będziemy zmuszeni przeprawiać się przez warstwę białego puchu. Takich momentów na dzisiejszym odcinku będzie łącznie trzynaście. Jakikolwiek przejazd nie wchodzi w grę. Przeprowadzamy, a raczej przepychamy z uporem oba rowery na drugą stronę, by kontynuować jazdę szutrową drogą.

Rallarvegen zasypane śniegiem

Walka z największymi podjazdami kończy się chwilę później, gdy docieramy do najwyżej położonego punktu na trasie na wysokości tysiąca trzystu czterdziestu trzech metrów w okolicach jeziora Fagervatn.

Rallarvegen – najwyższy punkt na trasie 1343 metry

W dalszej części krajobraz nie wyróżnia się niczym na tle tego, co widzieliśmy w porannej części przejażdżki. Otaczające nas widoki cechują się niezwykłą surowością. Zatrzymujemy się na posiłek przy jednym z jezior. Oczywiście mam na myśli zabrany ze sobą prowiant. Zasiadam na jednym z głazów i zatracam się w błękicie tafli jednego z jezior położonych tuż przy głównym szlaku. Błękit kontrastujący z bielą i zielenią zniewala zmysły. Dobrze, że temperatura nie zachęca do zbyt długiego przesiadywania w tym miejscu, gdyż w przeciwnym razie mógłbym tu spędzić kolejnych kilka godzin.

Krajobraz ulega znaczącej zmianie dopiero na fragmencie od Vatnahalsen do Flåm. Tym razem nie walczymy już z żadnymi przewyższeniami, wręcz przeciwnie cieszymy się długim, osiemnastokilometrowym zjazdem, gdzie tracimy na wysokości tysiąc sto metrów. Idylliczne wodospady spływają z gór porośniętych gęsto mieniącymi się zielenią drzewami.

Spływające z gór wodospady

Jadąc wąską serpentyną gdzieniegdzie dostrzegam pojedynczo rosnący łubin, kolejne strumyki wolno płynącej wody i niespodziewanych gości wylegujących się na środku drogi, a mianowicie stado kóz.

Naturalne przeszkody na drodze

Schodzę z roweru i slalomem próbuję obejść każdą z nich, nie zaburzając ich popołudniowego relaksu.

Kilkunastokilometrowy zjazd i całkowita zmiana krajobrazu
Coraz niżej i niżej…

Po zjechaniu do Flåm robimy zakupy w pobliskim markecie i zasiadamy na trawie przy Aurlandsfjorden. Panuje tu niesamowity spokój, zresztą jak we wszystkich do tej pory odwiedzonych przez nas miejscach. Oboje dochodzimy do wniosku, że Rallarvegen było do tej pory najbardziej różnorodnym odcinkiem na całej naszej trasie. Zaczynając od surowych, ubogich w roślinność krajobrazów na pograniczu płaskowyżu Hardangervidda, poprzez pokryte warstwą śniegu szczyty górskie i wyłaniające się gdzieś we mgle jęzory lodowców, a kończąc na idyllicznej, zielonej, skąpanej w promieniach słońcach dolinie przypominającej tolkienowską krainę Shire. Dorzucając jeszcze do wspomnianych widoków fiord na samym dole trasy można by rzec, że Rallarvegen to taka Norwegia w pigułce dla ludzi nie mających czasu, by podróżować po tym niezwykłym kraju dłużej. Co ciekawe wielu turystów, tak jak i w przypadku Trolltungi, przyjeżdża tu tylko na weekend, by wynająć rower, przejechać słynną ścieżką i wrócić do domu.

Czas na odpoczynek

W zasadzie Flåm, słynna miejscowość turystyczna przyjmująca rocznie blisko czterysta pięćdziesiąt tysięcy gości, będąca jednocześnie ostatnim przystankiem na trasie Flåmsbana, miała być naszym kolejnym przystankiem na trasie, jednakże mamy jeszcze trochę sił i czasu w zapasie, a dalsza część drogi ciągnie się wzdłuż fiordu, a co za tym idzie będzie to płaski fragment. Postanawiamy ruszyć dalej.

Pół godziny później jesteśmy już w oddalonej o osiem kilometrów wiosce Aurlandsvangen, zamieszkałej przez niecałe osiemset osób. Wjeżdżamy do nazwijmy to centrum w poszukiwaniu kempingu. Jak się okazuje właściciele dysponują tylko domkami, ale doradzają nam zatrzymać się na kempingu położonym dwa kilometry dalej nad rzeką Aurlandselvi. Wchodzimy do recepcji, by uiścić opłaty, wymienić pieniądze na żetony potrzebne do uruchomienia wody pod prysznicem, rozbijamy namiot i rozkoszujemy się promieniami nadal wiszącego na horyzoncie słońca. Lipcowa Norwegia znowu zaczyna nas rozpieszczać.

Droga śnieżna

Droga, którą mamy dziś ominąć najdłuższy tunel Europy Lærdal ciągnący się dwadzieścia cztery kilometry i pięćset dziesięć metrów powstała w 1967 roku. Ciągnie się przez góry omija tunel, a w najwyższym miejscu osiąga tysiąc trzysta sześć metrów metrów. Przejazd zamykany jest na zimę, a w miesiącach letnich w wielu miejscach leży tutaj śnieg. Tym samym nazwanie jej drogą śnieżną wydaje się być w pełni uzasadnione.

Namiot składamy dziś w pełnym słońcu. Trudno na niebie poszukać choćby jednej chmury. Błękitne nieboskłon i brak wiatru zwiastują wspaniały dzień pełen przygód. Cofamy się do centrum Aurlandsvangen, wchodzimy do pobliskiego marketu, by zrobić zakupy na najbliższy dzień i ruszamy w stronę platformy widokowej Stegastein znajdującej się osiem kilometrów dalej, jak i ponad siedemset metrów wyżej. Serpentyna za serpentyną, a za nią jeszcze kolejna serpentyna. Nasze najbliższe godziny mijają w pocie czoła na prowadzeniu rowerów pod strome, sięgające dziesięciu procent podjazdy z przerwami po każdej kolejnej serpentynie, których łącznie naliczyłem osiem. Na jednej z nich zasiadamy na betonowym murku. Obok zatrzymują się dwa pojazdy. Z jednego wychodzi młode małżeństwo z dwójką małych dzieci. Spostrzegają polską flagę przeczepioną do bagażnika roweru Blondynki i natychmiast rozpoczynają rozmowę. Przyjechali z Łodzi. Dopytują o szczegóły naszego wyjazdu, życząc nam szerokiej drogi, dobrej pogody i obdarowując nas słodyczami. Jak twierdzą nam się przydadzą bardziej niż im, gdyż spalimy zdecydowanie więcej kalorii, a oni jadą przecież autem. Cóż, kolejny miły polski akcent w czasie naszej podróży po Norwegii.

Widoki z platformy widokowej Stegestein

W końcu docieramy na słynną platformę widokową. To nareszcie koniec wspinaczki. Tak przynajmniej wyczytałem przed wyjazdem do Norwegii na jednej z internetowych stron. Byle do Stegestein, a potem jest już płasko. Nietrudno się domyślić, że platforma oblegana jest przez rzesze turystów przybywających tu samochodami. Ludzie stojący dookoła spoglądają na dwójkę rowerzystów, robią wielkie oczy ze zdumienia, kłaniają się nisko, unoszą kciuk w geście tryumfu. Zmordowani kilkugodzinną walką opieramy rowery o ścianę pobliskich toalet i udajemy się na drewnianą platformę wiszącą sześćset pięćdziesiąt metrów nad poziomem morza. Stalowo-drewniana konstrukcja wystaje trzydzieści metrów w głąb przepaści. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć i zawieszamy wzrok na Aurlandsfjorden. Wszelkie próby opisania wrażeń estetycznych i zachwytów krajobrazowych mijają się z celem, gdyż po prostu potęga i piękno natury w tym miejscu na to nie pozwala. Mogę jedynie powiedzieć, że widok na pobliski fiord wydaje się być nierealny. Odnoszę wrażenie jakbym spoglądał na makietę zrobioną na komputerze. Idylla niezaburzona w żaden sposób ludzką ingerencją. Idealnie płaska tafla wody zmącona tylko poruszającym się sennie w oddali statkiem przypominającym dziecięcą zabawkę. Tak naprawdę mógłbym tu spędzić kolejne dni i nigdzie się dalej nie ruszać, ale nie taki jest przecież cel tego wyjazdu. Przed nami jeszcze wiele innych atrakcji, a przede wszystkim wiele kilometrów do przejechania. Dziś wykręciliśmy zaledwie dziesięć kilometrów, a do Lærdal, gdzie planujemy się zatrzymać na kolejną noc jeszcze bardzo daleko droga.

Aurlandsfjorden w całej okazałości

Teraz ma być już dużo łatwiej. No właśnie ma być. Internetowe opowiastki swoje, a rzeczywistość swoje. Jest ona zdecydowanie bardziej brutalna. Ruszamy dalej, a na horyzoncie nie widać, by cokolwiek miało się w najbliższym czasie zmienić. Cały czas stromo w górę. Blondynka w złości pcha rower przed siebie, a ja zatrzymuję schodzącego z góry piechura. Francuz odpowiada na moje pytanie z dużą dozą ostrożności, twierdząc, że najgorsze mamy już za sobą, ale jeszcze trochę przed nami, aż w końcu się na chwilę wypłaszczy, by chwilę potem stromo zjechać w dół. Mijamy kolejne serpentyny, a Blondynka widząc w oddali miniaturowej wielkości samochody wznoszące się cały czas w górę, ma już dość. Przed nami dwie kolejne serpentyny, jedna krótsza, a druga dłuższa. A co dalej? Co za górą? Tego niestety nie widzimy.

Blondynka straciła resztki cierpliwości i chce poratować się autostopem. Zatrzymanie auta zajęło nam może z dziesięć minut. Na poboczu zatrzymuje się bus wypakowany od góry do dołu bagażami. Otwierają się drzwi, a z auta wychodzi mężczyzna na oko czterdziestoletni. Norwegię zwiedza wraz ze swoją żona i trzema córkami. Belg nie widzi żadnego problemu, by podrzucić Blondynkę do najbliższej miejscowości. Demontujemy koło, pakujemy rower, ja żegnam się z Blondynką i ruszam w dalszą samotną walkę z górą.

Zostały mi do pokonania dwie serpentyny, by dostrzec to, co jest za wzgórzem. Kilkanaście minut później stoję już na szczycie, spoglądając w dół, a po chwili w drugą stronę, patrząc przed siebie. To koniec. Koniec walki z nachyleniem, koniec wspinania się, potu, zmęczenia. Teren staje się płaski. Blondynka musi być niesamowicie zła, że nie wykrzesała z siebie jeszcze resztek cierpliwości, gdyż tak niewiele zabrakło jej do pokonania góry. A skoro z jednej strony trzeba się wspinać, z drugiej strony trzeba będzie zjechać.

Drastyczna zmiana krajobrazu po wjechaniu na Drogę śnieżną

Tuż po pokonaniu przewyższenia krajobraz całkowicie się zmienił, stał się bardziej surowy. Ciemne skały pokryte są gdzieniegdzie grubymi warstwami śniegu. Narzucam na siebie kurtkę, gdyż robi się coraz chłodniej i mknę przed siebie napędzany świadomością pokonania góry. Teraz mogę już tylko rozkoszować się otaczającymi mnie krajobrazami. Z lewej strony dostrzegam stojącego na poboczu Azjatę kłaniającego się i bijącego brawo. Takie momenty motywują do działania jeszcze bardziej. To był najdłuższy podjazd mojego życia. Szesnaście kilometrów długości i tysiąc trzysta sześć metrów przewyższenia. Nie odczuwam jednak zmęczenia. Radość bierze górę nad wszystkim. Po początkowym wypłaszczeniu czas na najbardziej przyjemną część, a mianowicie długi zjazd do samego Lærdal. Kolejne kilometry mknę z prędkością praktycznie nie schodzącą poniżej pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, a w najszybszych momentach prędkość dochodzi do sześćdziesięciu pięciu kilometrów. Uważnie mijam każdą kolejną serpentynę, mknąc w dół. Co ciekawe nawet i długa jazda w dół może się w końcu znudzić i już po dwudziestu kilku minutach zaczynam się zastanawiać, kiedy nareszcie dojadę do celu. Jeszcze tylko jeden krótki tunel, skręt w prawo i tuż przy rondzie spotykam się z Blondynką.

Fascynująca Droga śnieżna

Na szczęście nie musiała na mnie zbyt długo czekać. Nie ukrywa żalu. Tak niewiele zabrakło. Mogła jeszcze chwilę powalczyć. Cóż może to dobra lekcja na przyszłość. Dojeżdżamy do miasteczka, a licznik wskazuje pięćdziesiąt jeden przejechanych kilometrów. Dystans z pewnością nie robi wrażenia, jednakże biorąc pod uwagę ilość przewyższeń, był to jeden z najtrudniejszych dni podczas całego dotychczasowego wyjazdu.

Dojeżdżamy do brzegu Sognefjorden i siadamy, a w zasadzie kładziemy się na trawie, by odpocząć. Co prawda w miasteczku dostępny jest kemping, ale nie wzbudza w nas entuzjazmu, a raczej przypomina zatłoczony moloch z Oddy. Udajemy się zatem w poszukiwanie miejsca pod nocleg. Na wschód od fiordu znajdujemy zaciszne miejsce tuż nad brzegiem przepływającej tędy rzeki Lærdalselvi. Rozbijamy namiot w pobliżu drzewa, o które opieramy nasze rowery. Tu nikt nie zakłóci naszego spokoju.

Chwilę później udajemy się jeszcze na spacer w kierunku fiordu. Spędzamy tu kolejną godzinę, wpatrując się w niewzruszona taflę wody i zachodzące słońce. Norwegia po raz kolejny udowadnia, że może pretendować do jednego z najpiękniejszych krajów świata. Zasiadamy na ławce, jemy kolację. Tuż obok ktoś gra w badmintona. Gdyby tak móc zatrzymać czas. Szczególnie, gdy ma się w świadomości wizję jutrzejszego, dużo bardziej wymagającego dnia pod kątem logistycznym. Ale o tym później. Teraz nie pozostało nic innego jak cieszyć się momentami spędzanymi na łonie natury. Przecież z założenia nigdy tu już nie wrócimy. Choć czy w przypadku Norwegii powinno się cokolwiek zakładać? W obliczu jej majestatycznych krajobrazów, panującego dookoła spokoju? Cóż plany to jedno, a ich życiowa weryfikacja to drugie. Choć jest jeszcze jasno, tak naprawdę tu jest praktycznie całą dobę jasno, wskazówki zegarka nakazują udać się do namiotu i odpocząć przed jutrzejszym wyzwaniem. Wstajemy zatem i powolnym krokiem ruszamy w stronę naszego małego zielonego domku.