Czas rozpocząć kolejny dzień górskiej walki ze stromymi podjazdami, z norweską naturą. Po raz kolejny składamy zawilgocony namiot. Taka przypadłość tutejszej aury. Wilgoć w powietrzu jest tak duża, że nawet przy chwilowych zmianach i pojawieniu się na horyzoncie pojedynczych promyków słońca, tropik namiotu pozostaje zawilgocony. Celem na dziś jest zdobycie Oddy, oddalonej od naszego punktu początkowego o sześćdziesiąt jeden kilometrów. Po raz kolejny sam początek trasy nie napawa optymizmem Blondynki. Norwegia w najmniejszym stopniu nie jest łaskawa. Od samego rana serwuje nam ostry podjazd w pakiecie z tunelem. Zatrzymujemy się na moment tuż przed wjazdem do tunelu w punkcie widokowym, by uwiecznić błogość otaczających nas krajobrazów. W tym samym momencie na zajazd podjeżdża biały bus marki Kia, przerobiony na kampera. Z auta wychodzi przesympatyczna blondynka, ubrana w szare dżinsy, czarną sportową bluzę i ciemne adidasy. Sara, na oko około czterdziestoletnia nauczycielka pochodząca z Holandii wita się z nami serdecznym morning i zaprasza na kawę do swojego przybytku.

– To moje auto. Przerobiłam je w taki sposób, żeby można w nim było mieszkać. To już drugi tydzień mojej podróży przez Norwegię. Łącznie chcę spędzić tu sześć tygodni. Mam czas. Chcę wykorzystać w pełni letnie wakacje i nacieszyć się czasem w otoczeniu natury. Choć nie ukrywam, jadąc samemu czasami jest ciężko. Nie ma z kim porozmawiać, z kim wymienić zachwytów nad niesamowitą przyrodą. Czasami też miewam problemy z tym autkiem. W przeciwieństwie do Holandii jest tu dość górzysto, a on jest stary i często muszę się zatrzymywać gdzieś po drodze, by schłodzić silnik, dać mu odpocząć. Tak poza tym daje radę. Niewątpliwym plusem jest to, że zajeżdżam na kemping i mogę spać w moim pojeździe.

Sara – holenderska nauczycielka spotkana na trasie

Blondynka doskonale zdaje sobie sprawę co nas dziś czeka na trasie. Kolejna seria podjazdów, czego z całego serca nienawidzi. Nie chce mnie też w żaden sposób spowalniać i psuć mi zabawy w górskim terenie, gdyż wszystko wskazuje na to, że ja, całkiem przeciwnie, przewyższenia zaczynam coraz bardziej lubić. Pokonanie każdych kolejnych metrów zbliża mnie do zwycięstwa bezpośredniej walki z górą, co niezwykle mnie nakręca i dodaje energii do dalszej walki. Auto Holenderki wydaje się być małe, jednakże w środku znalazłoby się miejsce na jeden rower. Podrzucam Blondynce pomysł na przejechanie kilkunastu kilometrów autostopem. Holenderka wydaje się podłapała moją ideę. Najwidoczniej brak rozmów doskwiera jej na tyle, iż jest w stanie wpakować rower na tył swojego podjazdu i podrzucić kawałek dalej troszkę rozleniwioną cyklistkę. Częstuję się jeszcze przepysznymi holenderskimi słodyczami i ruszam w drogę.

Z moich wstępnych wyliczeń wynika, że spotkamy się za jakieś dwie godziny z kawałkiem na wyjeździe z najdłuższego tunelu na tym fragmencie trasy, by wspólnie zjechać do Oddy. Pierwsza połowa trasy to walka z ośmiuset metrowym przewyższeniem dającym mi nieźle w kość. Co jakiś czas zatrzymuję się, by sfotografować otaczającą mnie przyrodę. W zasadzie Norwegia jest jednym z tych nielicznych krajów, gdzie tak naprawdę można by zatrzymywać się co kilkanaście metrów i bez specjalnego przygotowania pstrykać gdzie popadnie. Każde zdjęcie będzie jednakowo zjawiskowe, ale też jednocześnie żadne nie odda piękna tutejszej potęgi natury. Po drodze mijam spływającą idyllicznie z gór krystalicznie czystą wodę tworzącą kolejny wodospad Flesefossen.

Wodospad Flesefossen

Kawałek dalej zachwycam się pięknem niewzburzonej tafli jeziora Øvra Lonavatnet, a także ciągnącego się w nieskończoność Røldalsvatnet.

Jezioro Røldalsvatnet

Koniec końców dojeżdżam do jednego z kluczowych punktów trasy, a mianowicie miejscowości Håra, gdzie gwałtownie dopada mnie kryzys. Czuję, że słabnę i za chwilę spadnę z roweru. Zatrzymuję jednoślad, stawiam i siadam na chwilę na pobliskiej ławce. Wyjmuję z torby czekolady i błyskawicznie pochłaniam całą tabliczkę. To przestroga dla wszystkich tych, którzy lekceważąco chcieliby podejść do górskiej walki. Natura jest silna i każdą próbę jej pokonania należy podejmować z pełną świadomością i dużą dawką respektu. Każde lekkomyślne zachowanie może zakończyć się w najlepszym razie sromotną klęską.

Norweskie zabudowania w drodze do Oddy

Po dwudziestu minutach, gdy mój organizm doszedł już do siebie, ruszam dalej. Przede mną seria trzech tuneli, z których ten pierwszy jest najkrótszy, co wcale nie oznacza, że będzie tym najłatwiejszym. To fragment serpentyny wijącej się w górę. Tak, w tunelu czeka mnie stromy podjazd. Jazda rowerem w tym przypadku nie jest zabroniona, ale mam wrażenie, że przejazd tych kilkuset metrów trwa wieki. To nie koniec. Trzy i pół kilometra dalej i dwieście pięćdziesiąt metrów wyżej kolejna przeprawa. Najdłuższy tunel na całej trasie jakim wolno mi jest przejechać. Røldalstunnelen mający cztery tysiące sześćset pięćdziesiąt siedem metrów. Jako alternatywę mogę wybrać górską drogę o długości dziesięciu kilometrów, co nie byłoby jednak zbyt rozsądnym rozwiązaniem. Zanim jednak wjadę do tunelu muszę pokonać kolejnych osiem zakrętów i walczyć z podjazdami. Tym razem również i ja w dużej mierze podprowadzam rower, nie mając sił na dalsze pedałowanie. Docieram w końcu do wjazdu i dzwonię do Blondynki, by zapytać o specyfikę tunelu. Na szczęście przez większość jego długości czeka mnie zjazd. Nie czekając zatem, wjeżdżam do tej wydającej się nie mieć końca otchłani i wciskam pedały co sił w nogach. Jazda przypomina mi trochę przechadzkę Wergiliusza i Dantego po piekle. W tunelu zainstalowano dwa ogromne wiatraki tłoczące do środka powietrze. Kilkanaście minut później opuszczam tą otchłań, by natychmiast znaleźć się w kolejnej nazwanej Seljestadtunnellen, ale mającej tylko troszkę ponad tysiąc dwieście metrów. To już koniec wrażeń na dziś. Więcej tuneli nie będzie.

Kątem oka dostrzegam zajazd z barem i siedzącą na drewnianej ławce Blondynkę, której czas umilił starszy Fin zachęcający do odwiedzin swojej ojczyzny. Dalsza część trasy przebiega zdecydowanie sprawniej, gdyż jest to w zasadzie jeden długi zjazd przepleciony fragmentami płaskiej drogi do samej Oddy.

W drodze do Oddy

Zatrzymujemy się jeszcze przy dwóch spektakularnych wodospadach z czego ten jeden Låtefossen przyciąga ogromne tłumy turystów. Po lewej stronie już powoli widać graniczne punkty Parku Narodowego Folgefonna. Jeszcze tylko krótki przystanek przy Tjørnadalsfossen, spływającego vis-à-vis jeziora Sandvevatnet i dojeżdżamy do słynnej Oddy. Przejeżdżamy mostem przecinającym rzekę Opo do części miasta położonej po zachodniej stronie fiordu Sørfjorden, jednej z odnóg słynnego Hardangerfjorden i zatrzymujemy się na pobliskim kempingu. Podchodzimy do recepcji, gdzie tuż przy samym wejściu wita nas uśmiechnięta od ucha do ucha Holenderka, która też postanowiła zostać na tym samym kempingu. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że jest to jedno z bardziej turystycznych miejsc w Norwegii. Przynajmniej na fragmencie, który do tej pory przebyliśmy. Trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy. Odda jest doskonałym punktem wypadowym dla osób udających się na trekking na słynny język trolla, nazywany tu Trolltunga, czy też na lodowiec położony w parku Folgefonna. Oba te miejsca również i my wyznaczyliśmy sobie na cel. Rozkładamy namiot, uciekamy na moment do łazienki zażyć tak bardzo brakującego nam w ostatnich dniach prysznicu, zdejmujemy sakwy i udajemy się rowerami do wspomnianego Parku Narodowego.

Przejazd pięciu kilometrów do położonego przy wejściu do parku parkingu zajmuje nam ponad czterdzieści minut. Cały fragment jest blisko czterystumetrowym podjazdem ciągnącym się wzdłuż spływającej z lodowca wody, mającej swoje ujście w jeziorze Sandvevatnet. Koniec końców docieramy do parkingu, przypinamy rowery do pobliskiego słupa i udajemy się w dalszą drogę pieszo. Wchodzimy lasem coraz wyżej, aż do momentu, w którym zza drzew wyłania się błękit jęzorów lodowca Buer. Zagadujemy schodzącą ze ścieżki turystkę z Hiszpanii. Dalsza droga pod sam jęzor nie ma największego sensu, gdyż najbardziej atrakcyjna część z miejsca, w którym właśnie stoimy jest widoczna identycznie jak z końca trasy trekkingowej.

Lodowiec Buer
Porośnięte drzewostanem góry w Parku Narodowym Folgefonna

Wracamy zatem na miejsce rozpoczęcia spaceru. Góry porośnięte w niższych partiach gęstym lasem, w wyższych niższą roślinnością, poniżej których woda harmonijnie spływa do jeziora. Wzdłuż potoku ułożono dziesiątki kamiennych wieżyczek, ale tak naprawdę nie wiem jaką ma to pełnić funkcję.

Kamienne wieżyczki w Parku Narodowym Folgefonna

Dochodzimy do miejsca odstawienia rowerów. Naszych jednośladów nie ma! Popadam w lekką panikę, ale jak się okazuje rowery przypięliśmy do słupa schowanego za delikatnym wzniesieniem.

Jezioro Sandvevatnet

Zjeżdżamy w ciągu kilku minut na kemping, nie wkładając w to najmniejszego wysiłku. Cała trasa to jeden długi zjazd. Teraz jeszcze tylko próba ugotowania posiłku, co nie jest wcale takim łatwym zadaniem, gdyż w pomieszczeniu pełniącym funkcję kuchni przebywają tłumy. Blondynka w międzyczasie rozcina palec, próbując otworzyć puszkę kukurydzy. Początkowo nie wygląda to zbyt dobrze, jednakże po kilkunastu minutach szczęśliwie udaje się zatamować krwawienie. Interwencja na pogotowiu nie jest konieczna. Do końca wyjazdu już tylko ja będę zajmował się otwieraniem wszelkich produktów żywieniowych zamkniętych w metalowych puszkach. Co ciekawe doskonale wiedzieliśmy, że prysznice na skandynawskich kempingach są zazwyczaj dodatkowo płatne, jednakże automat na monety umieszczony w kuchni służący do uruchomienia ciepłej wody jest zaskoczeniem nie tylko dla nas, lecz także dla większości pozostałych gości kempingowych. Cóż, człowiek uczy się i doświadcza różnych rzeczy przez całe swoje życie. Uciekamy do namiotu zebrać siły na jutrzejszy trekking na Trolltungę.