Budzi mnie hałas pracującego silnika ciężarowego auta. Uchylam wejście namiotu i widzę ciężarówkę, która przyjechała wypompować nieczystości ze stacji. Wykorzystujemy bezdeszczowy moment i w ekspresowym tempie staramy się złożyć zawilgocony namiot. Odstawiamy rowery i cały pakunek pod zadaszenie i udajemy się na poranną toaletę do łazienki znajdującej się w pomieszczeniach stacji. Kilka minut później znowu zaczyna padać i zaczynam bić się z myślami czy ruszać przed siebie, czy przeczekać deszcz. Biorąc pod uwagę, że jest już dość późno, przebudziliśmy się krótko przed jedenastą, a za moment wybije południe, czekanie na poprawę pogody, co w Norwegii może nie nastąpić przez kilka kolejnych dni, nie jest dobrym pomysłem. Zawieszam sakwy i w tym samym momencie na stacje podjeżdża auto na polskich tablicach rejestracyjnych. Z pojazdu wyskakuje mężczyzna wyglądający na trzydzieści kilka, może czterdzieści lat. Dopytuje kiedy zaczęliśmy swoją podróż oraz dokąd zamierzamy się udać oraz dość zarozumiałym tonem opowiada o swoich planach, pokazując nam na mapie gdzie zamierza jeszcze wyskoczyć, jak to kolokwialnie ujmuje, na połów łososi. Mężczyzna tankuje auto, jego żona i dziecko wychodzą z pojazdu rozprostować kości, a my ruszamy w dalszą drogę.

Do przeprawy promowej w Hjelmelandsvågen zostało nam dwadzieścia kilka kilometrów. Sam początek nie napawa optymizmem. Blondynka dość szybko dochodzi do wniosku, że górskiej jazdy rowerem nigdy nie pokocha. Złudny kawałek prostej, by chwilę później stromo wspinać się kolejnych dwieście metrów. Jednakże nie długości, lecz wysokości! Gdzieniegdzie zza chmur wychodzą pojedyncze promienie słońca, dodając kolorytu przeważającej dookoła zieleni. Wolno, gdyż ze wskazań licznika wynika, iż nie przekraczam średniej prędkości ośmiu kilometrów na godzinę, ale skutecznie pokonuję każdy kolejny metr, by zatrzymać się na poboczu obok parkującego tu kampera, uchwycić w kadrze kilka zniewalająco pięknych krajobrazów i poczekać na Blondynkę, która w złości, a zarazem bezsilności podprowadza swój opakowany sakwami i torbą rower. Mijamy znajdujący się po naszej prawej stronie kolejny zbiornik wodny Riskedalsvatnet, pokonujemy w pocie czoła jeszcze kilka zakrętów, by po kilkudziesięciu minutach katuszy i bólu móc znowu rozkoszować się szybkim zjazdem.

Taki już jest charakter Norwegii. Jazda rowerem po tym kraju przypomina mi trochę syzyfową pracę. Każda kolejna walka z górą zaczyna się w zasadzie na wysokości poziomu morza. W ekstremalnych przypadkach przychodzi nam wspinać się półtora kilometra w górę na odcinku dziesięciu kilometrów, by po często kilkugodzinnej walce, zjechać z drugiej strony góry w kilka minut odcinek o tej samej długości i zaczynać od nowa walkę z kolejną górą.

Jak w tolkienowskim Shire
Za chwilę szybki zjazd

Druga część, kiedy to mijamy idylliczne pola z pasącymi się owcami przypominającymi trochę tolkienowską krainę Shire, jest zdecydowanie łatwiejsza. Zjeżdżamy niecałe czterysta metrów do poziomu morza, by znaleźć się na przeprawie promowej. W tym samym momencie na niebie pojawiają się czarne chmury i zaczyna się ulewa. Trudno dopatrywać jej końca, a z czasem nie stoimy zbyt dobrze, gdyż wczorajszy trekking na Preikestolen, jak i dzisiejsza zbyt późna pobudka skradły trochę cennych godzin. Nie chcąc tracić ich jeszcze więcej, a także walczyć z rzęsiście padającym deszczem, podchodzę do stojącego na promie busa i pytam mężczyznę wiekiem zbliżającego się zapewne do sześćdziesiątki, czy ma może miejsce na tyle, by wpakować dwa rowery i podrzucić nas kawałek. Mężczyzna nie wyraża sprzeciwu, pomagając mi tuż po zjeździe z pokładu promu na zapakowanie naszego dobytku na swoje auto.

– To co widzicie po prawej to Jøsenfjorden. Moim zdaniem najpiękniejszy fiord w Norwegii, ale nie jestem do końca obiektywny, gdyż mieszkam tu od zawsze, dlatego mam duży sentyment do tego miejsca. Do tej części mojej ojczyzny. Dokąd jedziecie?

– Dziś chcielibyśmy dojechać do Nesflaten, choć nie wiemy czy jest tam jakiś kemping.

– W Nesflaten jest na pewno kemping. A gdzie zaczęliście swoją podróż?

– Wczoraj w Stavanger i chcemy dojechać w kilkanaście dni do Ålesund, skąd mamy lot powrotny do Polski.

– Polska! Ja co prawda nigdy nie byłem, ale mój syn uwielbia tam jeździć. Zajmuje się polowaniami i uważa, że nie ma lepszego kraju, gdzie można by polować. Często zatem wybiera się do waszego kraju. A z jakiego miasta jesteście? Warszawa? Kraków?

– Poznań.

– Poznań. Gdy byłem młodzieńcem miałem takie stare radio z podziałką, na której były wypisane częstotliwości i różne miasta Europy. Był też Poznań. Nigdy nie wiedziałem, gdzie to miasto się znajduje. Teraz już wiem. – z uśmiechem na twarzy kwituje mężczyzna. – Jadę do Gullingen, nad Mosvatnet do mojej hytte. Tam czeka na mnie mój syn. Stamtąd będziecie mieli już zdecydowanie łatwiej. Długi, szybki zjazd drogą sześćset trzydzieści dwa.

Idylliczne krajobrazy wzdłuż drogi

Wysiadamy z auta, wyjmujemy nasz dobytek, żegnamy się z naszym wybawcom, który zaoszczędził nam jazdy kolejnych trzydziestu kilometrów w gęsto padającym deszczu. Szybki zjazd całkowicie nieuczęszczaną przez samochody serpentyną do głównej trzynastki zaburza tylko tryskająca spod kół woda. Tym samym nie widzimy za wiele, ale też nie za wiele jest do zobaczenia. Jazda trasą numer trzynaście wzdłuż jeziora Suldalsvatnet jest dużo łatwiejsza pod kątem przewyższeń, gdyż poza jednym podjazdem na odcinku czterdziestu sześciu kilometrów reszta drogi jest relatywnie płaska. Jedynym utrudnieniem przejazdowym jest aż szesnaście tuneli, z których tylko jeden możemy pokonać objazdem wytyczonym tuż obok. To nasze pierwsze tego typu doświadczenie w jeździe rowerowej. Przed wyjazdem, przygotowując trasę doskonale wiedzieliśmy, że to jedno z największych utrudnień dla rowerzystów udających się do Norwegii, gdyż niektórych z tuneli nie można pokonywać na dwóch kółkach. Jest to najzwyczajniej w świecie zakazane ze względu na długość ów odcinków. Zresztą sama jazda rowerem przez tunele nie należy do najbezpieczniejszych. Mimo doskonałego oświetlenia jednośladu, tunele często zakręcają, a kierowcy samochodów wjeżdżają do nich z dużą prędkością i nie spodziewają się jadących przed nimi cyklistów. Większość tuneli nie posiada również pobocza, po którym można by się bezpieczniej poruszać. Cóż, nie pozostaje nam nic innego jak przemęczyć tych kilkanaście odcinków w ekspresowym tempie przy niemałej dawce adrenaliny.

Wjazd do tunelu

W pewnym momencie postanawiamy zatrzymać się na pobliskim zajeździe na obiad. Wyciągamy z toreb zrobione wczoraj zapasy i posilamy się, by zregenerować trochę siły. W Norwegii nietrudno o postój na zajazdach, ale nie powinniśmy liczyć na nic więcej poza kilkoma drewnianymi ławkami i stołem. Czasami możemy natrafić na toalety, jednakże nie jest to stały element wyposażenia ów punktów. Spoglądam na góry otaczające z każdej strony jezioro. Nadal otulone we mgle, jakby skrywały jakąś nieodgadnioną tajemnicę.

Krótka przerwa na obiad
…i czas ruszyć w dalszą drogę

Ruszamy w dalszą drogę, mijając pojedynczo rozsiane po terenie gospodarstwa i pierwsze malownicze wodospady. Ponad dwie i pół godziny jazdy i docieramy w końcu do upragnionego Nasflaten, gdzie rzekomo miał znajdować się jakiś kemping. Przynajmniej tak twierdził napotkany wcześniej Norweg.

Pierwszy napotkany wodospad
Idylliczne widoki okalające Nesflaten

Miasteczko położone na krańcu jeziora Suldalsvatnet przypomina trochę miasto duchów. Krążymy po rozsianych tutaj uliczkach to w jedną, to w drugą stronę, nie spotykając żywej duszy. Nie dostrzegamy również żadnego kempingu, a dalsza walka dzisiejszego dnia nie wchodzi już w grę, gdyż wybiła godzina dwudziesta. Chcemy odpocząć przed kolejnymi podjazdami czekającymi na nas na samym początku jutrzejszego dnia. W końcu zatrzymuje się obok nas auto. Pytamy młodego chłopaka, czy jest tu gdzieś kemping. Odpowiada, że niestety niczego tu nie znajdziemy, ale może nam zaproponować swoją hytte w cenie czterystu koron. Grzecznie dziękujemy, gdyż od samego początku założyliśmy, że jest to wyjazd niskobudżetowy, a spanie w hytte przy dwóch osobach dość mocno nadszarpnęłoby nasz budżet przeznaczony na ten wyjazd. Rozglądamy się dalej. Nie chcemy naruszać przestrzeni osobistej Norwegów. Allemansretten, czyli prawo obowiązujące w Norwegii, mówiące o tym, że każdy człowiek ma prawo do kontaktu z naturą z uwagi na fakt bycia jej integralną częścią, jest nam doskonale znane, jednakże to nasze pierwsze doświadczenia z tego typu założeniami. Tym samym jesteśmy dość powściągliwi w działaniu. Z jednego z tutejszych domków wychodzi starszy mężczyzna. Wykorzystuję okazję, by go zapytać, czy wie gdzie moglibyśmy rozbić w pobliżu namiot, nie zaburzając spokoju mieszkańcom. Norweg spogląda na swój teren i mówi, że spokojnie możemy przenocować na jego ogrodzie, wskazując miejsce do rozbicia namiotu. To dopiero pełen drugi dzień naszej podróży przez krainę fiordów, a my już po raz trzeci spotykamy się z niezwykłą gotowością pomocy ze strony tubylców. W spokoju rozbijamy namiot, a Norweg po chwili wraca do nas po raz drugi.

– Tu niedaleko jest biała kapliczka. Na terenie przykościelnym znajduje się łazienka. Tam możecie się umyć. – informuje nas mężczyzna.

Po raz kolejny jesteśmy niezwykle wdzięczni za pomoc, gdyż co prawda nie doświadczymy dziś kąpieli, jednakże po całodniowym pedałowaniu góra, dół, góra, dół miło jest móc się odświeżyć. Rozbijamy namiot i spiesznie udajemy się do stojącej pośród górskich szczytów białej, drewnianej kapliczki. Dookoła budynku dostrzegam dziesiątki skromnych płyt nagrobnych. Co ciekawe kapliczka stoi tu już od tysiąc osiemset pięćdziesiątego trzeciego roku. Powstała z projektu architekta Hansa Linstowa i mieści sto pięćdziesiąt osób. Również budynek w którym znajdują się łazienki wykonany jest z drewna. Ogrzewamy się, dokonujemy niezbędnych czynności i udajemy się do namiotu na odpoczynek.

Kościół w Nesflaten