Tego samego dnia przed południem docieram do Isfahanu, rzekomo najbardziej spektakularnego, jak mam się w następstwie przekonać, miasta w kraju. Jeszcze w autobusie przed dojazdem na miejsce docelowe jeden z pasażerów pyta krótko dokąd zmierzam. Odpowiadam, iż w Isfahanie odbierze mnie z dworca mój kolega. Prosi o podanie telefonu i dzwoni do mojego hosta w celu umówienia spotkania. Kolejny raz spotykam się z bezinteresowną, ludzką życzliwością.

Osobliwości irańskiej komunikacji publicznej

Po wyjściu z autobusu, wzrokiem poszukuję Rezy, dziewiętnastoletniego studenta matematyki, żądnego wiedzy o kulturze europejskiej. Wysoki, krępy chłopak o długich do ramion włosach, ciemnym zaroście, w białej koszulce polo czeka już na mnie przy głównym wejściu do budynku dworca. Jego dom rodzinny znajduje się na obrzeżach miasta dokąd udajemy się autobusem. Natychmiast uświadamiam sobie jak dobrze jest mieć tutaj kogoś z lokalnych ludzi, gdyż sam Reza ma dość spore problemy, aby ustalić do którego z nadjeżdżających autobusów powinniśmy wsiąść. Nie jest to takie proste, gdyż nie ma tutaj jasno wytyczonych linii, jak to ma miejsce chociażby w krajach europejskich. Jeśli nawet już takowe są, często zdarza się, że busy nie podążają kolejno wytyczonymi przystankami, lecz zmieniają trasę. W końcu udaje się namierzyć odpowiedni autobus. Tego dnia panuje niezwykły upał. Termometr wewnątrz autobusu wskazuje trzydzieści osiem kresek. Jednakże pierwsza rzecz rzucająca mi się w oczy w wypełnionym po brzegi pojeździe, to jego formalny podział. Otóż w przedniej części oddzielonej barierką siedzą, bądź stoją tylko i wyłącznie mężczyźni, natomiast na tyle tylko zakryte od góry do dołu czadorami kobiety. Jeśli jest tłoczno i nie ma miejsca mogą przejść do przodu. Nie mają natomiast prawa siadać obok nieznanego mężczyzny. W dalszej mojej części podróży, na jednej z tras międzymiastowych zdarzyło mi się spotkać z dość kuriozalną dla mnie sytuacją, gdzie to kierowca i obsługa autobusu przesadzali kobiety siedzące obok nieznajomych mężczyzn. Podobne sytuacje mają miejsce na przystankach autobusowych, a mianowicie gdy mężczyzna siedzi na ławce, kobieta nie dosiada się do niego, gdyż byłoby to posunięciem dalece nietaktownym.

Po około czterdziestu minutach i dwóch przesiadkach po drodze docieramy do stacji docelowej, gdzie napotykam kolejny paradoks. Otóż znajdujące się tutaj przejście dla pieszych rozpoczynające się tradycyjnie po jednej stronie ulicy wpada wprost na postawiony po drugiej stronie ulicy mur. Spoglądam ze sporą dozą zdziwienia na Rezę, który wzdrygnięciem ramionami oznajmia mi, iż tak to już po prostu jest. Udajemy się zatem schodami ku górze, gdzie alternatywnie można przejść nad ulicą. Napotykamy sporą grupkę ubranych w szare uniformy głośno zachowujących się dzieci. Jak się okazuje jest to grupa afgańskich chłopców. Nie mogą oni chodzić do renomowanych szkół w centrum miasta, gdyż ich na to po prostu nie stać. Tym samym pobierają nauki w mało uczęszczanych placówkach edukacyjnych na obrzeżach miasta.

W pałacu mojego gospodarza

Idąc dalej przy polu kukurydzy docieramy do domu, a raczej ze względu na jego ogromne rozmiary, powinienem użyć słowa pałacu. Budynek jest potężny, ma trzy piętra i taras na dachu. Na patio wchodzi się tradycyjnie przez bramę. Tutaj kolejne zaskoczenie, a mianowicie wodospad spływający z jednej ze ścian do zaprojektowanej w formie jaskini piwnicy. Witam się z mamą Rezy i udaję się na trzecie piętro budynku zarezerwowane w całości na pobyt gościa. Na każdym piętrze znajduje się kuchnia. W domu mamy do dyspozycji dwie łazienki. Kolejną rzeczą rzucającą się natychmiast w oczy są otaczające mnie z każdej strony dzieła sztuki, takie jak kute w miedzi obrazy, wazy przypominające te z Mezopotamii, stylizowane stoliki o nogach w kształcie ułożonych jedna na drugiej książek, z nutami europejskich kompozytorów muzyki klasycznej takich jak Mozart, Chopin czy Beethoven. Podłoga wyłożona jest tradycyjnymi, perskimi dywanami szytymi ręcznie. Bardzo łatwo zauważyć, iż cała rodzina pasjonuje się sztuką. Reza pokazuje mi również dywan, który otrzymał od ojca w dniu swojego urodzenia. Ma on zatem dziewiętnaście lat, a wygląda nadal jakby był uszyty przed kilkoma dniami. Zapewne zabierze go kiedyś ze sobą, na swoje własne mieszkanie.

W pomieszczeniu dzwoni telefon. To mama naszego hosta wołająca nas z dołu na przygotowany obiad. Schodzimy do kuchni. Gospodyni wydaje się być bardzo podenerwowana. Co chwila pyta swojego syna, czy aby na pewno wszystko jest w porządku, czy czegokolwiek mi nie brakuje, czy może jeszcze cokolwiek dla mnie zrobić. Proszę go, aby uspokoił swoją mamę, gdyż wszystko jest nad wyraz dobre. Reza zaskakuje mnie od samego początku. Przed samym wyjściem na miasto przedstawia mi krótką jego historię oraz wstępny plan zwiedzania jaki dla mnie skrupulatnie, z dbałością o najdrobniejsze szczegóły, wydawałoby się wręcz przesadnie, przygotował. Jak mi się przyznaje, przed moim przybyciem przeczytał kilka książek o historii swojego miasta, a nawet zasięgnął rad i wskazówek u jednego z profesorów na miejscowym uniwersytecie.

Przewodnik perfekcjonista

Ruszamy zatem tą samą drogą, którą kilkadziesiąt minut wcześniej przybyliśmy. To niezwykłe, gdyż jego wiedza od pierwszym minut jest przytłaczająca. Informacji, które mi przekazuje nie znalazłem w żadnym z czytanych wcześniej przewodnikach, ani książkach przedstawiających ogólny zarys historii kraju. Mimo, iż chłopak ma dopiero dziewiętnaście lat, zachowuje się jak profesjonalny przewodnik z czterdziestoletnim stażem, parający się całe życie swoją profesją. Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nigdy wcześniej tego nie robił. Zatrzymuje się dosłownie w każdym miejscu, by opowiedzieć jego historię, lub chociaż jakąś ciekawostkę z nim związaną.

Opływając w luksusie

Naszą wyprawę rozpoczynamy od wizyty w najbardziej luksusowym hotelu miasta Abbasi. Wejście w celu zwiedzania nie jest możliwe, jednakże dla Rezy nie ma rzeczy niemożliwych. Podchodzi do recepcji i przekonuje pracownice, aby pozwoliła nam przechadzać się po korytarzach budynku, jak i ogrodach znajdujących się na jego tyłach. Miejsce jest doprawdy imponujące. Goście przybywający tu by wypocząć opływają na każdym kroku w luksusy. Po chwilach relaksu w tutejszych ogrodach, kilku pamiątkowych zdjęciach, udajemy się w stronę jednego z pałaców mieszczących się blisko centrum. Okazuje się, że przybyliśmy poza godzinami otwarcia i nie możemy zwiedzić ów miejsca od środka, na czym mi bardzo zależało. Wrócimy kolejnego dnia.

Naqsh-e Jahan – pierwsze spotkanie

Modyfikujemy nasze plany i ruszamy do centralnego miejsca miasta placu Naqsh-e Jahan. 160 metrów szerokości, 560 długości sprawia, iż jest on po Tiananmen drugim co do wielkości placem świata. To moje pierwsze spotkanie z miejscem, z którym kilka dni później nie będę potrafił się rozstać. Na pierwszy rzut oka nie powala mnie na kolana. Plac o kształcie prostokąta porasta wewnątrz spora ilość zieleni, co na tutejszy klimat jest widokiem bardzo rzadko spotykanym. Trawniki z każdej strony otoczone są zielonymi krzewami. Pomiędzy nimi równo ułożona kostka brukowa wyznacza strefę pieszych, a raczej powinienem użyć określenia deptak spacerowy, gdyż ów chodniki właśnie takowe miejsce przypominają. W centralnej części znajdują się równomiernie tryskające, skierowanie ku górze, strumienie fontanny. Plac jest zamkniętą konstrukcją, otoczoną budynkami z ery Safawidów z niekończącą się ilością łukowatych okien. Po zachodniej stronie widzimy pałac Ali Qapu, po wschodniej meczet Sheikh Lotf Allah, w południowej części meczet szacha, a w północnej wejście do Wielkiego Bazaru miasta. Sam plac nie jest jednak celem naszej dzisiejszej wizyty.

Smaczki irańskiego rękodzieła kontra chińskie podróbki

Udajemy się na tutejszy bazar, miejsce iście niezwykłe. Od początku mojej podróży po kraju, byłem w kilku tego typu miejscach, ale żadne nie wywarło na mnie tak ogromnego wrażenia jak ten w Isfahanie. Nie przypadkowo klasyfikowany jest jako jeden pośród kilku najpiękniejszych. Wiele z okolicznych stoisk, sklepików przykuwa moją uwagę. Przy wielu z nich Reza wyjaśnia mi historię powstawania, symbolikę produktów oferowanych przez sprzedawców. Zatrzymujemy się przy straganie pana w pasiastej koszuli, w pełni oddającego się swojej profesji. Krępy mężczyzna w zawieszonych na nosie okularach, w pełni skupiony, trzymający w ręku dłuto, rzeźbi w miedzianym kawałku blachy. Z tej blachy powstanie obraz, jeden z takich jakie dane mi już było widzieć w domu Rezy.

Praca nad rękodziełem

Obrazy na bazarze w Isfahanie

Trudno jest sobie choćby wyobrazić trud i cierpliwość włożony w wykonywaną pracę, ale przede wszystkim talent, którym obdarzony jest twórca. Przy kolejnym stoisku następny, starszy mężczyzna trzymający w dłoniach coś na kształt podłużnego młotka, formuje miedziane garnki.

Takie widokówki utwierdzają mnie w myśleniu, iż produkty te nie schodzą z chińskiej taśmy, choć takie również się zdarzają, lecz są dziełem ludzkich rąk i ogromu włożonej w ich wykonanie pracy.

Jak łatwo się domyślić ceny rękodzieł nie należą do niskich. Mówiąc o chińskiej tandecie mam przede wszystkim na myśli dywany jak i obrusy, którymi handluje się na irańskich bazarach. Dobrze jest mieć zatem lokalnego znajomego będącego w stanie rozróżnić produkt ręcznie robiony, od tego przywożonego z Dalekiego Wschodu. Znajomy musi być jeszcze uczciwy i lojalny, a takim niewątpliwie jest Reza, o czym mam okazję się przekonać przy jednej z mało przyjemnych sytuacji w meczecie Imama.

Meczet od kuchni

Po szczegółowej wizycie obiektu sakralnego udajemy się do miejsca z pamiątkami, gdzie ostatecznie niczego nie zakupiłem. Sprzedawca rozmawia chwilę z moim przyjacielem w ich rodzimym języku. Gdy tylko wyszliśmy Reza oznajmił mi, iż gdyby udało mu się przekonać mnie do zakupu czegokolwiek, otrzymałby dolę w wysokości 30% ceny zakupionych przeze mnie produktów. Wracając jeszcze na moment do zwiedzania meczetu moją uwagę po raz kolejny przykuwa nieograniczona wiedza przewodnika.

 

– Zatrzymaj się na chwilę. Spójrz na próg u wejścia do meczetu. Jest on dość wysoki, uniesiony. Wiesz dlaczego? – pyta mnie.

– Nie mam pojęcia. – bezwiednie odpowiadam.

– Otóż każdorazowe wejście do meczetu jest czymś szczególnym. Nie możesz sobie wejść tutaj, tak jak wchodzisz gdziekolwiek indziej. Każde wejście jest uroczyste, musisz zaznaczyć w jakiś sposób, że przychodzisz robić coś szczególnego. To właśnie dlatego progi są wysokie, by musieć unieść nogę, ażeby go przekroczyć. W ten sposób zaznaczamy, że jest to dla nas coś szczególnego. – wyjaśnia. – Spójrz na to miejsce. Nazywamy je tachche. Tutaj zostawiasz swoją torbę, plecak, wszystkie zbędne w trakcie modlitwy rzeczy. To miejsce święte. Nie musisz się zatem obawiać, że ktoś cokolwiek porwie.

Wspomniane miejsce jest formą jakby betonowego stołu,  wyżłobionego w ścianie. Idziemy dalej i dochodzimy do miejsca przypominającego łaźnie.

– To miejsce nazywamy hazine. Przed każdą modlitwą należy umyć twarz, nogi i ręce. Nie można rozpoczynać wizyty w meczecie i tym samym modlitwy nie będąc w pełni czystym. Procedura nazywana jest wudhu. Jest również lista punktów, które unieważniają wudhu. Najważniejsze z nich to potrzeby fizjologiczne oraz stosunek seksualny.

Minarety meczetu po zmroku

Kontynuujemy naszą wieczorną wizytę w meczecie. Reza wyjaśni mi kolejnych kilka ciekawych aspektów związanych z tym miejscem. Ciekawostką jest chociażby konstrukcja dachu. Otóż stając na środku głównej części meczetu, pod dachem w formie kopuły, prowadzący modlitwę imam nie potrzebuje tak naprawdę mikrofonu, gdyż jego głos doskonale rozchodzi się na dużą odległość i dociera do każdego z modlących się. Jest to zasługa konstrukcji dachu. Otóż pod kopułą znajduje się pusta przestrzeń o wysokości około trzech metrów, a nad nią kolejna, właściwa kopuła, którą widzimy z zewnątrz. W ten sposób dźwięk odbija się i rozprzestrzenia. Przez chwilę tupiemy nogami o podłogę, wypowiadamy głośno słowa i w ten sposób rozkoszujemy się fantastyczną akustyką ów miejsca.

Sufit w meczecie

Moją uwagę przykuwa także konstrukcja okien. Mają one formę jakby witrażu, a mianowicie brakuje w nich części cegieł, co jest oczywiście celowym zabiegiem. To tak zwane wentylatory. Przy panujących tutaj temperaturach, trudno byłoby znieść skwar w czasie spędzanym na modlitwie. Przez otwory umieszczone w ścianach dochodzi do wentylacji całego budynku. Przed wejściem do każdego meczetu napotkamy pojemniki ustawione na nóżkach w formie taboretu, gdzie umieszczone są kamienie, które muzułmanie kładą przed sobą przed rozpoczęciem modlitwy. W jej trakcie pochylają się kilkukrotnie i dotykają czołem położonego przed nimi kamienia.

Kamień służący do modlitwy

Ciekawie prezentuje się także tutejszy różaniec. Jego forma jest inna niż kształt naszego różańca. Otóż nie jest on podzielony na pięć równych części, lecz składa się ze stu kuleczek ułożonych jedna po drugiej. Prosząc Boga stukrotnie o to samo zostaniemy wysłuchani. Reza zwraca moją uwagę na symbole na ścianach meczetu. Są one wyrobem ceramicznym. Każde z nich jest jakimś słowem i ma znaczenie. Są to często imiona imamów oraz proroka. W zasadzie meczet jest budynkiem, którego każda z części ma jakieś znaczenie. Przeważającym kolorem jest tutaj błękit, symbol niebios i Boga. Opuszczamy meczet i kontynuujemy przechadzkę po bazarowych straganach.

Bazar raz jeszcze

Po zapadnięciu zmroku bazar cechuje się niezwykłą atmosferą. Tak naprawdę wszystko wydaje się wtedy bardziej żywe, radośniejsze. Trudno przejść obojętnie obok tutejszej ceramiki nazywanej w języku perskim mina, czy też hotem – pudełek z drewna, jak i alamkor, czyli torby.

Lokalna ceramika

Wracając na moment do drewnianych pamiątek, są one składane ręcznie z małych elementów, finalnie tworzą wzorki i wyglądają jak jedna całość. Można by rzec, że jest to forma puzzli.

Drewniane pudełka

Duży bazar w południowej części łączy się z kolejnym, na którym swoje stoisko z odzieżą ma ojciec Rezy. Odwiedzimy go kolejnego dnia, gdyż jest już dość późno, a jestem zmęczony całodniowym zwiedzaniem i wcześniejszą kilkugodzinną autobusową podróżą.

Irańskie mojito

Zatrzymujemy się jeszcze na moment w pobliskim lokalu w celu skosztowaniu irańskich drinków, a raczej napojów orzeźwiających, gdyż nie zawierają one ani grama alkoholu. Są ta bardzo słodkie, podobne do soku napoje z pływającą dużą ilością czegoś w rodzaju pestek. Jest to doskonała opcja pozwalająca schłodzić organizm po panującym tutaj cały dzień upale.

Irańskie mojito

Kurioza połączeń autobusowych

Udajemy się zatem powoli w stronę domu, częściowo pieszo, a częściowo autobusem. Tak przynajmniej mi się wydawało, gdyż złapanie busa okazuje się nie lada wyzwaniem. Mój przyjaciel pokazuje mi nową część miasta, jego główny deptak, strefę pieszych, aktualnie znajdującą się w remoncie. Wracając zatem do łapania naszego środka lokomocji. Po półgodzinnym oczekiwaniu na przystanku, gdzie jak się okazuje nic nie przybywa, a na ścianach brak jakiegokolwiek rozkładu jazdy, postanawiamy wziąć taksówkę, która zawozi nas na miejsce.

Kanapa czy podłoga

Ogarnięty zmęczeniem natychmiast uciekam pod orzeźwiający prysznic. Reza pyta mnie gdzie chcę spać, gdyż ma do dyspozycji kilka kanap, jednakże decyduję się na tradycyjną formę snu na podłodze. Może to wydawać się dość dziwne, ale próbuję i chcę oddać się w pełni, zatracić się, zagłębić w kulturze i obyczajach kraju. Przecież w wygodnym łóżku śpię każdego dnia, a byłoby to zjawiskiem dziwacznym, gdybym w domu położył się na podłodze. Poza tym gdyby się nad tym dobrze zastanowić, nie miałoby to tak naprawdę żadnego sensu, gdyż w naszej europejskiej otoczce takowe zachowanie zalatywałoby sztucznością. Dzień obfitował w ogromną ilość atrakcji, a to dopiero pierwszy z trzech, który mam spędzić z moim nowym znajomym. Po krótkiej rozmowie podsumowującej zwiedzanie i wstępnym ustaleniu planu na kolejny dzień udaję się spać.