Przebudziłem się w miarę wypoczęty i dopiero po chwili popadłem w ekscytację, gdyż przecież mamy piątek, dzień święty, tak jak dla nas niedziela, a przecież jestem w drugim najbardziej religijnym mieście kraju! Tego dnia do Qom przyjadą pielgrzymi z całego Iranu. Nasz gospodarz prosił, żebyśmy wstali o godzinie siódmej rano, przygotowali się do wyjścia i pojechali na obchody ów dnia. Gdy się obudziłem zauważyłem, że dom jest pusty. Wpadłem w panikę, gdyż nie chciałem przegapić obchodów tegoż dnia. Okazało się, że strefa czasowa w moim zegarku nie przestawiła się z tureckiej na tutejszą i budzik zadzwonił półtorej godziny za późno. Jordan również zaspał. Natychmiast wysyłamy wiadomość tekstową do Hosseina. Okazuje się, że pojechał ze swoją żoną do lekarza, gdyż źle się czuła i za moment po nas przyjedzie. Odetchnąłem z ulgą.

Śniadanie na wzgórzu

Chwilę później Hossein jest już w domu. Zanim jednak udamy się do meczetu, kierujemy się do sklepu po produkty na śniadanie, a następnie na wzgórze, które jest punktem widokowym, jak i miejscem pikników dla lokalnej społeczności, co jest dość popularną formą spędzania wolnego czasu. Ludzie biorą koce, butle z gazem, garnki, produkty spożywcze i udają się z całymi rodzinami na pikniki. Często stawiają również namioty, co w wielu miejscach jest zabronione. Jadąc przez miasto można dostrzec znaki zakazujące ów procederu.

qom wzgorze

Na wzgórzu

Przy okazji robienia zakupów dowiaduję się o różnych formach podatkowych obowiązujących w kraju. Są to kolejno zakoth – na cele związane z agrokulturą, homs – podatek dla duchownych oraz sadage – podatek dla ubogich. W miastach rozsiane są niebiesko-żółte skrzynki z symbolem starszej osoby podpierającej się laską i towarzyszącego jej dziecka, złożonymi do modlitwy rękoma i inskrypcją w języku perskim. To tam wrzuca się ofiary.

Śniadanie ma dziś bardziej nowoczesną formę. Posilamy się słodkimi babkami i pijemy schłodzone mleko. Nasz przyjaciel wraca jeszcze na chwilę myślami do wojny irańsko-irackiej, gdyż na to miejsce często przychodzą ludzie pomodlić się za ofiary poległe w tej batalii. Irańczycy zwykli nazywać wojnę mianem świętej obrony. Po spożyciu śniadania robimy sobie jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i udajemy się do miejsca pracy Hosseina.

W świętym centrum szyizmu

Zatrzymuje auto, prosi abyśmy poczekali i znika na kilka minut. Po chwili wraca do nas człowiek, którego na pierwszy rzut oka nie jestem w stanie rozpoznać. Po raz pierwszy mam okazję obserwować go w szatach religijnych. Ma na sobie kolejno kabo szarawo-zielona sutanna, amo – rodzaj czarnej, częściowo przezroczystej powłoki oraz ammome – czyli w języku polskim turban koloru białego.

Hossein z córeczką

Malutka dziewczynka, ubrana w różowy sweterek oraz białą chustę z różowymi wzorkami, dotrzymuje kroku ojcu. Mimo, że panuje okropny skwar, ulice i place Qom są bardzo zatłoczone. W drodze dojazdowej do meczetu natrafiamy na korek. Przybysze z całego kraju przyjeżdżają na modlitwę. Wchodzę na główny plac miasta. To miejsce zgoła inne niż stolica kraju. Tutaj wszystkie kobiety ubrane są w czadory. Próżno szukać młodych dam sprytnie podwiązujących chusty pod włosy jak to bywało dnia poprzedniego. Głównym punktem placu jest charakterystyczny meczet z dwoma wieżami i zegarem pośrodku. Kolorystyka i wzornictwo tutejszych świątyń przyprawia o zawrót głowy nawet jednostki pozbawione jakiejkolwiek wrażliwości artystycznej.

Meczet

Plac główny

Na audiencji u Hosseiniego

Udaje nam się dostać na prywatną rozmowę, coś na styl audiencji w kościołach katolickich do znajomego Hosseina. Samo pomieszczenie, do którego wchodzimy robi na mnie ogromne wrażenie. Pierwszymi elementami rzucającymi się w oczy są flagi Iranu i Arabii Saudyjskiej, a pośrodku nich stojący złoty fotel w formie mini tronu. Dookoła znajduje się kilka krzeseł w złotych obiciach oraz stół. Błękitne ściany pokrywają kwieciste wzory.

Rozmowy z Hosseinim

Hosseini jest starszym mężczyzną o siwym zaroście i zadziornym wyrazie twarzy. Nosi czarny turban na znak pochodzenia z rodu proroka Mahometa. Włada bardzo dobrze językiem angielskim. Swoją opowieść rozpoczyna o życiu w Dubaju, dokąd przeniósł się mając 22 lata, a wrócił osiem lat temu, ponieważ został wydalony ze względów politycznych. Częstuje nas oczywiście herbatą oraz słodyczami. Tym samym po raz kolejny spotykam się z niezwykłą irańską gościnnością. Wydźwięk wypowiedzi jest dla mnie mimo wszystko podszyty propagandą. Przytacza przykład pomocy ubogim szyitom, a doskonale wiadomo, iż władze jego kraju finansowo wspierają organizację terrorystyczną Hezbollah. Krytykuje wsparcie militarne dla Izraela ze strony Stanów Zjednoczonych. Twierdzi, iż to Amerykanie wybierają kto tak naprawdę może być w dzisiejszym świecie potęgą militarną, a wszelkie zakusy w tym kierunku irańskiego rządu są tłumione w zarodku. Wyraża dość pesymistyczne zdanie na temat nadchodzących zmian. Tak naprawdę nic nie zmienia się na lepsze i szansa, że kiedykolwiek tak się stanie jest mizerna. Dość krytycznie wypowiada się także o Arabii Saudyjskiej, jako kraju narzucającym wszystkim dookoła swoje prawa i normy, a to przecież ludzie powinni w sposób pełni demokratyczny dokonywać wyborów. Najmocniej poruszyła mnie natomiast wypowiedź o współwinie obywateli zachodu w całej propagandzie wymierzonej w stronę Iranu. To przecież my wybieramy rządzących w naszych krajach, tym samym odpowiadamy za wizerunek kreowany w mediach. Nasze spotkanie powoli dobiega końca. Robię jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć, wychodzę na zewnątrz, zakładam pozostawione tam buty.

Sala przyjęć

Na znak protestu

Nadal panuje nieznośny skwar. Mijam miejsce, z którego Imam Chomeini wygłaszał swoje pierwsze modlitwy i nauki. Przechodzę obok grupki ludzi otoczonych przez kobiety ubrane w czadory, protestujące przeciwko podpisywaniu jakichkolwiek umów z Zachodem. Zauważam dość wymowną karykaturę wiszącą na jednym z otaczających miejsce protestu płotów. Otóż ręka ubrana w strój, na którego rękawie widnieje flaga Stanów Zjednoczonych, podpisuje porozumienie długopisem zakończonym toporem, a w następstwie na kolejnym obrazku to porozumienie łamie.

Antyamerykańska demonstracja

Czas modlitwy

Zbliża się południe, czyli czas modlitwy, a tym samym udajemy się do małego pomieszczenia, które przenosząc na nasze realia nazwałbym kapliczką. To budynek w formie kwadratu, z wejściem znajdujących się po obu jego stronach oraz z błękitną wieżyczką u góry. Nie ma tam jednak drzwi, tylko zasłony.

Miejsce modlitw

Budynki znajdują się na placu, który jest jednocześnie cmentarzem. Forma grobów jest natomiast zupełnie inna niż u nas. Otóż na ziemi znajdują się płyty z wygrawerowanymi nazwiskami pochowanych. Po takiej podłodze przemieszczają się bez przeszkód ludzie. W kulturze europejskiej chodzenie po grobach byłoby nie lada szaleństwem. Tutaj jest to na porządku dziennym. Nasz gospodarz prosi nas o chwilę cierpliwości i udaje się do środka na modlitwę. W międzyczasie obserwuję co się dzieje na placu. Panuje tu swoisty spokój. Większość ludzi skupiona jest na modlitwie. Dwóch mężczyzn w koszulach z długim rękawem pochyla się nad jedną z nagrobnych płyt i pogrąża się w rozmowie. Jedna z kobiet pokryta od stóp do głowy czadorem, siedząc na taborecie zagłębia się w lekturę Koranu. To widok, który będzie mi jeszcze często towarzyszył w mojej podróży.

Kobieta czytająca Koran

Bazar miejsce święte

Po skończeniu modlitwy Hossein wychodzi z pomieszczenia i ruszamy w stronę bazaru, gdyż pragnie kupić dziecku jakąś drobną zabawkę. Wielobarwność bazaru jest niebywała. Zewsząd otaczają mnie kolorowe chusty zwisające z wieszaków umieszczonych u góry każdego ze stoisk. Wchodzimy jeszcze na moment do sklepiku z lokalnymi słodyczami, gdyż Jordan zamierza kupić prezenty na swój powrót do Francji. Dużą część łakoci zapakowano w wykwintne czerwone, aluminiowe pudełka. Pozostała ich część leży w wazach w kolorze miedzi. Przypominają one ogromne kielichy stojące pośrodku sklepu. Poza bazarem handlarzy można spotkać także na ulicach. Ich głównym zajęciem jest sprzedaż dywanów i obrusów.

Sprzedawca dywanów

Bazar w Qom

Lokalne słodycze

Z wizytą w seminarium

Przychodzi czas na największe zaskoczenie wizyty w Qom. Zbliżamy się do jednego z najbardziej znanych seminariów w całym kraju. To właśnie tutaj studiował i mieszkał Imam Chomeini. Wejście na jego teren nie jest jednak dla nas możliwe. Hossein podchodzi do stojącego na straży mundurowego i zaczyna z nim rozmawiać. Po tonie wypowiedzi i gestykulacji wnioskuję, iż próbuje wynegocjować dla nas wejście. Pilnujący wejścia na początku wydaje się być nieugięty, jednakże po chwili prosi o wyjęcie, telefonów, aparatów, kamer, wszelkiej elektroniki i pozwala nam wejść do środka. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

– Jak to zrobiłeś? – pytam zdumiony.

Hossein się uśmiecha. Idziemy ogrodami do głównego miejsca, a mianowicie pokojów w których mieszkali ówcześni studenci. Napięcie z każdą chwilą wzrasta, aż stajemy na wprost drzwi. Drzwi przez które do swojego skromnie urządzonego pokoju wchodził Imam Chomeini. Choć tak naprawdę mogłoby się wydawać, że nic tutaj nie robi na przybyszu wrażenia, całe moje ciało przeszywają ciarki. Posępna mina na fotografii znajdującej się nad drzwiami spoglądającego Ajatollaha wzmaga powagę. W środku nie ma nic poza biurkiem i krzesłem. Obok przechodzą zdumieni studenci. Spoglądają na nas jak na przybyszów z obcej planety. Nic w tym dziwnego, gdyż widok białego turysty nie należy do codziennych. To już ostatnie, jakże podniosłe i patetyczne momenty mojej wizyty w Qom. Opuszczamy tereny seminarium i udajemy się w kierunku ogromnego parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód.

Autobus kontra taksówka

W gąszczu innych pojazdów Hossein ma problemy ze znalezieniem swojego auta. Tutaj duszący dym spalin daje o sobie znać w szczególny sposób. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, iż jakiekolwiek normy, tudzież świadomość ochrony środowiska nie mają racji bytu.

W drodze na dworzec autobusowy zahaczamy jeszcze o stację paliwową. Spoglądam na liczydło dystrybutora i pogrążam się w marzeniu o takich cenach paliwa w naszym kraju. Otóż niezależnie czy kupujemy olej napędowy, czy benzynę bezołowiową, za litr płacimy jednakową cenę w wysokości 10.000 riali, czyli nieco ponad złotówkę. Przywołuję ów fakt w rozmowie z Hosseinem, porównując cenę tutejszą do ceny paliwa w naszym kraju. Mój gospodarz zwraca uwagę na podwyżkę mającą miejsce krótko przed moim przybyciem.

– Dwa, trzy miesiące temu płaciliśmy 8.000 riali – oznajmia.

Cóż, cena paliwa na poziomie jednej złotówki za litr pozostaje dla mnie w sferze nieosiągalnych marzeń. Przychodzi czas pożegnań. Pierwszy opuszcza pojazd Jordan udający się do Teheranu. Przemieszczamy się na drugą stronę ronda, z której odjeżdżają autobusy na południe kraju. Okazuje się, że kolejny jedzie dopiero za godzinę. Hossein wdaje się w negocjacje z jednym z tutejszych taksówkarzy. Mężczyzna musi się dostać jak najszybciej do Kaszan, czyli mojego kolejnego celu podróży. Cena za przejazd jest tylko symbolicznie wyższa od ceny biletu autobusowego. Żegnam się z Hosseinem i wsiadam do taksówki. Pojazd stoi. Po chwili zdaję sobie sprawę, że znalazłem się w taksówce dzielonej i muszę poczekać na kolejnego klienta zmierzającego w tym samym kierunku. Przychodzi dwóch mężczyzn. Ruszamy.