Dzień 17 Polska gościnność

Siódma dziesięć rano. Słyszę odgłos dzwoniącego budzika. To już dziś. Dziś wracamy do domu. Zanim jednak to nastąpi czeka nas dwadzieścia trzy kilometry walki z okropnym wiatrem do Asbru, a potem jeszcze kilka kilometrów na terminal lotniska. Poranna przeprawa zajmuje nam dwie godziny z kawałkiem. Finalnie docieramy do Anity, z którą nawiązaliśmy kontakt jeszcze przed wyjazdem na wyspę.

Ta część miasta, a dokładniej rzecz ujmując, te kilka stojących tu bloków to miejsce polskiej społeczności na Islandii. Większość mieszkańców pracuje na lotnisku. Budynek z zewnątrz będący klasycznym, dwupiętrowym blokiem, wewnątrz przypomina bardziej hotel. Korytarze wyłożone wykładzinami, a wejście do każdego z pokojów możliwe jest przy użyciu karty. Każdy z pracowników otrzymuje jeden pokój. Mieszkanie Anity składa się z dwóch pokojów, korytarza, łazienki i schowka. Kuchnia jest jedna dla całego piętra. Anita wita nas w swoich skromnych progach i serwuje nam pyszny obiad powitalny.

– W zasadzie to, że trafiłam na Islandię jest całkowicie przypadkowe. Mówię w języku niderlandzkim, także zaczęłam swoje poszukiwania pracy w Holandii. Potem natrafiłam na oferty na Malcie, Majorce i też na Islandii. Pomyślałam, że na Majorkę mogę pojechać na wakacje samodzielnie, a Islandia wydawała mi się dość ciekawa. Kręci mnie na zasadzie doświadczenia. Mam kontrakt do końca października z możliwością przedłużenia. Dużo ludzi przyjeżdża tu dorobić w okresie wakacji. Ja jeszcze nie zdecydowałam co będę robić dalej. Na ten moment nie jestem przekonana. Na początku myślałam, że praca na lotnisku musi być ciekawa. Będę mieć dużo kontaktu z ludźmi, rozmawiać z nimi. Rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Te rozmowy zazwyczaj nie są miłe. Często trzeba obciążać pasażerów za jakieś drobnostki. Płace nie są zadowalające. Zakwaterowania pracodawca nie zapewnia. Musimy je opłacać sami. Z czasem chciałabym objechać wyspę, ale muszę zaoszczędzić trochę pieniędzy, a pierwszy miesiąc był ciężki. Oszukali nas finansowo. Poza tym podatki są wysokie. Moje ubezpieczenie obejmuje tylko wypadki w pracy. Poza tym nie ma tu tak naprawdę nie ma żadnej rozrywki. Kilka barów, jedno kino. Wielu formalnych rzeczy jeszcze nie rozgryzłam. Ile zrobiliście tu łącznie kilometrów?

– Blisko tysiąc dwieście. Przygodę rowerową w zasadzie zaczęliśmy w Norwegii. Całkiem spontanicznie i tak jakoś się to potoczyło. Już tam zrodził się pomysł przyjechania do Islandii. Północ ma coś w sobie, a poza tym jest dość łatwa jeśli chodzi o rowerowe przygody. Ruch samochodowy jest relatywnie mały, a poza tym możesz nieustannie obcować z przyrodą. Prawo również pomaga, gdyż poza parkami narodowymi i obszarami chronionymi można się rozbijać gdziekolwiek pod warunkiem, że znajdujesz się w odległości co najmniej stu pięćdziesięciu metrów od najbliższych zabudowań. Choć Islandczycy bardzo narzekają na turystów. Śmiecą, hałasują, załatwiają się gdzie popadnie, ale tak naprawdę Islandia nie posiada podstawowej bazy, by przyjmować turystów.

– Jak dobieracie swoje cele podróży?

– Bardzo lubię kraje islamskie, także spora część podróży ukierunkowana jest na te rejony. Rowerowo natomiast ciągnie nas zawsze na północ. Następna będzie może Szwecja, albo Finlandia.

– Ja bardzo chciałabym do Finlandii. Jedliście coś ciekawego na Islandii?

– Szczerze mówiąc nie. Jest tak horrendalnie drogo, że w zasadzie żywiliśmy się jak wielu innych turystów w marketach.

– Tak. Ceny niestety powalają. Transport, czy usługi wydają się być nieosiągalne. Bilet do Reykjaviku to koszt tysiąca siedmiuset koron w jedną stronę. Tak samo nie warto chorować, gdyż służba zdrowia również jest niezwykle kosztowna. Wiele rzeczy dla samych Islandczyków jest bardzo drogich. Rzekomo kilka lat temu dom można było jeszcze dostać za trzy miliony koron. Dziś poniżej dziewięciu trudno cokolwiek znaleźć. Ostatnio rozmawiałam z jednym Islandczykiem, który opowiadał, że nie ma własnego mieszkania, bo go po prostu nie stać. Niektórzy zarabiają naprawdę dobrze, ale dużo ludzi żyje na styku. Oczywiście zarabiają więcej niż my, bo nas traktują zupełnie inaczej, ale mimo wszystko nie są to jakieś nie wiadomo jakie zarobki.

W Polsce miałam auto. Myślałam o zabraniu go tu, ale nie to za bardzo opłacalne. Ceny przejazdu promem są różne. Znajomy mówił mi, że płacił sześćset euro. Do pracy na szczęście dojeżdżam autobusem pracowniczym. Jest tu niby jakiś Carpooling, ale nie działa tak dobrze jak w Polsce Blablacar. Nie ma tylu ofert. Więcej jest szukających niż oferujących. Islandczycy nie są chętni w zabieraniu ludzi. Zostają turyści, którzy wiedzą, że coś takiego istnieje.

Moją pasją jest wspinaczka. Swego czasu pracowałam na wolontariacie na Teneryfie, gdzie warunki do tej dyscypliny są doskonałe. Bardzo lubię podróżować, zmieniać perspektywy, gdyż wiele mnie to uczy, ale im więcej jeżdżę, tym bardziej lubię Polskę. Kocham Jurę Krakowsko-Częstochowską. Byłam w Puszczy Białowieskiej na rowerach i bardzo mi się podobało. Pracowałam też w Brazylii. Były momenty, że chodziłam sama po Rio, ale jako kobieta mam taki wewnętrzny radar. Gdy czuję, że gdzieś nie powinnam iść, to po prostu tam nie idę. Zdarzały się co prawda sytuacje, że ktoś próbował zabrać aparat, ale nieudolnie. Jak nie wychodziło, odchodził. Groźniejszych sytuacji nie przeżyłam. Miałam takie szczęście, że byłam w okresie karnawału. Niesamowity czas.

Czekam, aż przyjadą znajomi i wtedy razem coś zwiedzimy. Nie wiem jak długo będę na Islandii, ale chciałabym zobaczyć jak najwięcej. Za każdy przepracowany miesiąc otrzymuję dwa dni urlopowe, ale teraz w sezonie nie możemy brać wolnego. Na szczęście pracuję w takim systemie, że można się pozamieniać. Można też brać chorobowe bez wizyty u lekarza, ale oczywiście nie można przesadzać. Chciałabym polecieć do Polski na dwa tygodnie we wrześniu. Wydawałoby się, że nie można stracić tu pracy, ale jest inaczej. Jedna Islandka pojechała na pogrzeb, zapomniała zgłosić, że nie przyjdzie do pracy i wyleciała. Islandczycy są nieprzewidywalni. Bywały sytuacje, że ktoś z Polski rzucił pracę i znalazł coś na Islandii, a dwa dni przed otrzymał informację, że jednak go nie potrzebują. Czasami zdarza się, że nie płacą, także nie można im ufać. Trzeba naprawdę uważać. Jestem zaskoczona, ale w negatywnym sensie. Dogadanie się z tymi ludźmi też jest trudne. Islandczycy są często aroganccy, nieprzyjemni. Oczywiście jak wszędzie zdarzają się i miłe osoby. Przykładowo na Couchsurfingu w Keflaviku jest tylko jeden Islandczyk. Na swoim profilu ma bardzo dużo informacji pomocnych na początku przygody z Islandią. Poznałam go. Remontował mieszkanie, by wynajmować pokoje. Zapytałam o cenę, ale zwaliło mnie z nóg. Sześćdziesiąt tysięcy za dziesięć metrów kwadratowych. Jak już mówiłam uwielbiam wspinaczkę. Znalazłam jakąś grupę tematyczną na Facebooku, ale trudno z kimś się umówić. Albo nie odpisują, albo ignorują. W Polsce gdy należałam do takiej grupy, nigdy nie było żadnych problemów. Chcę jednak wierzyć w to, że jak już ich się pozna to są fajni, ale początki są naprawdę trudne. Zresztą jak wszędzie.

Nadchodzi czas powrotu do domu. Wraz z Anitą zabieram kartony i zanoszę na przystanek autobusowy, z którego za moment odjedzie na lotnisko, pomagając nam tym samym w przetransportowaniu naszych opakowań na terminal. Wracam jeszcze na moment do mieszkania. Zabieramy nasze bagaże, wychodzimy z bloku, wsiadamy na rowery, by pokonać ostatnie cztery kilometry.

I gdy już wydawałoby się, że wszystko skończone na ostatniej prostej napotykamy na kolejny problem. Otóż przygotowując do spakowania rower Blondynki, nie mogę odkręcić jednego z pedałów, co jest jednym z wymogów przewożenia jednośladu w samolocie. Na nasze nieszczęście pedał nie zapiekł się, ale w pośpiechu został krzywo przykręcony na starcie. Nie jestem też w stanie odkręcić mechanizmu korbowego, gdyż nie posiadam takowego klucza, a wszelkie siłowe próby idą na marne. Jedyne co mogę zrobić, to odciąć pedał, ale nie posiadam piły. Blondynka wpada na genialny pomysł spakowania roweru odwrotnie, to jest górą do dołu. Pedał będzie wtedy bliżej miejsca zaklejania kartonu i wszystko powinno się udać. Tak też się dzieje.

Jeszcze tylko kontrola i będziemy mogli spokojnie usiąść w samolocie. Rowery przejeżdżają przez skaner, a jeden z kartonów zaczyna budzić wątpliwość pracownika siedzącego przed monitorem. Na szczęście to tylko pompka. Chwilę później możemy odetchnąć z ulgą i oczekiwać, aż maszyna opuści wyspę.

Islandia kraina elfów, gejzerów, zastygłych law, pięknej natury, bezludnego pustkowia pozwalającego pogrążyć się w myślach. Tego ostatniego z pewnością tak, ale czy i wszystkich pozostałych wymienionych? Tego już taki pewien nie jestem. Przylatując na wyspę niczego nie oczekiwałem poza odrobiną łaskawości w obejściu się z amatorem dwóch kółek. Zetknąłem się z nieobliczalną pogodą, walką z trudnościami losu, nie zawsze przyjaźnie nastawionymi tubylcami, ale i możliwością obcowania sam na sam ze sobą, ze swoimi bolączkami i słabościami. Wyspa, choć postawiła trudne warunki i na każdym kroku przypominała o swojej nieobliczalnej naturze, tego, że to od jej kaprysów w dużej mierze zależy czy cel zostanie osiągnięty, dała mi nieoceniony bagaż nowych doświadczeń. Nauczyła jak radzić sobie w sytuacjach wydawałoby się bez wyjścia. Islandia pozwoliła mi zrozumieć, że nie ma rzeczy niemożliwych, że prawie wszystko zależy od naszej siły woli. A te dwa kółka stojące obok mnie? One sprawiają, że warto żyć, czynią życie lepszym, szczęśliwszym, dają mi wolność, możliwość namacalnego kontaktu z naturą, ze światem. Dają mi to, czego nie jest mi w stanie dać nic innego. Zabierają mnie tam, gdzie nie dotrę w żaden inny sposób. Na kraniec świata i jedno depnięcie dalej.