Dzień 15

Kolejny dzień na wyspie i kolejny który zaczyna się mżawką. Cóż, przyzwyczailiśmy się już do tego w ostatnich dniach. Celem na dziś jest jak najszybsze przejechanie ostatnich pięćdziesięciu kilometrów jedynki, która od Vik jest nie do zniesienia ze względu na wzmożony ruch. Tak naprawdę kontynuowanie jazdy do stolicy główną drogą mija się z celem. Widoki nie zwalają z nóg, a ruch i styl jazdy Islandczyków są w stanie wprowadzić człowieka w depresję.

Na szczęście dziś wiatr znowu jest naszym sprzymierzeńcem i te pięćdziesiąt kilometrów przejeżdżamy w zaledwie dwie i pół godziny. Raz pada deszcz, raz świeci słońce i tak na zmianę. Robimy szybkie zakupy w Bonusie, ale oboje zaczynamy już odczuwać to samo, co w Norwegii na ostatniej setce przed metą. Nic już nas nie czeka i nie mamy sił ani ochoty, by jechać dalej. Wpadamy jeszcze na moment do pobliskiego baru, dojeżdżamy do ronda i zjeżdżamy z jedynki, a wiatr jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staje się łagodniejszy.

Pogoda również się poprawia. Wyspa wytoczyła już chyba wszystkie swoje najpotężniejsze działa. Był już deszcz, wiatr, niebotyczne podjazdy, awarie obu rowerów, wilgoć, zmoczone ubrania. Wyspa poddaje się, czuje, że to już koniec, że finisz jest bliski. Krajobraz pięknieje. Po obu stronach błękit wody skąpany w blasku słońca, przed nami mieniące się zielenią szczyty pagórków mieszające się z zapachem rosnącego w nieskończoność łubinu, okraszone śpiewem ptaków. Już nawet nie przeszkadza mi agresywna natura latających nad głowami kria.

Przystaję na chwilę na jednej z pobliskich plaż, spoglądam na błękit wody i rozbijające się o brzeg fale. Czas poszukać miejsca pod nocleg. Jeszcze kilka kilometrów w pełni świecącym słońcu, a naszą uwagę po raz kolejny przykuwa błękit i zapach przepięknych kwiatów. Zostajemy.

Dzień 16 Déjà vu czyli ponowne spotkanie z Norwegiem

Budzi nas śpiew ptaków latających nad łubinowymi polami. To w zasadzie już ostatni pełen dzień jazdy. To ostatnia noc na wyspie. Psychika już chyba totalnie się wyłączyła, gdyż fizycznie czuję, jakby wszystkie mięśnie się rozluźniły, a ja nie jestem gotowy do jazdy. Ten dzień to istna męka, niechęć jazdy, to tylko próba dojechania, dociągnięcia do końca.

Trasa czterysta dwadzieścia siedem to również w pewnym sensie streszczenie, podsumowanie naszej wyprawy przez Islandię. Łubinowe pola, błękit wody, skały porośnięte mchem, góry, doliny, zdradziecka pogoda, wiatr i droga, pusta, ciągnąca się, beznamiętna, bezuczuciowa droga. Nasza droga, ale będąca też drogą każdego jadącego tu w jakimś celu. Miało być słonecznie i bezwietrznie, a jest oczywiście na odwrót, pochmurnie i wieje.

Mimo udręki i braku motywacji podejmujemy się jeszcze jednego zadania. Zostawiamy rowery przy drodze szutrowej i udajemy się spacerem w stronę nadmorskich klifów w poszukiwania żyjących tu maskonurów. Klify, o które rozbijają się morskie fale zniewalają zmysły swoim majestatem. Niestety nie wypatrujemy żadnego maskonura, ale nie czujemy niedosytu. Może przez zmęczenie, może przez świadomość dojechania za moment do celu, a może tak po prostu przez sam fakt podjęcia próby, która nie zawsze musi się zakończyć sukcesem.

Jednakże zanim dojedziemy do mety, czeka nas jeszcze jeden, bardzo stromy podjazd. Kilkanaście, może kilkadziesiąt minut walki zostaje wynagrodzone szybkim zjazdem do samego Grindaviku, gdzie tuż przed nim ostrzeżenie o latających ptakach kria. Na szczęście już wiemy jak się zachowywać w towarzystwie ptaków śmierci i nijak nie przejmuje nas ich obecność.

Dojeżdżamy do kempingu, który jak się za moment okaże, jest najczystszym i najbardziej komfortowym na jakim nam było dane nocować podczas całego wyjazdu. Nie zdążyłem jeszcze odstawić roweru i wejść do recepcji, a już zauważył i zagaduje nas dobrze znany nam Norweg. Opowiada o swoich ostatnich przygodach na trasie. Gdy zatrzymał się na górski trekking, złapały go wichury i deszcze, które zmoczyły go do tego stopnia, że kilkukrotnie musiał wykręcać spodnie. Wchodzimy do kuchni, by ugotować obiad, a Norweg udaje się na Blue Lagoon, która jak stwierdzi po powrocie nie była warta swojej ceny. Bilety zarezerwował i opłacił jeszcze przed wyjazdem dla siebie i swojej córki. O zwrocie jednego z biletów Islandczycy nie chcieli w ogóle słyszeć. Pół godziny kąpieli, powrót na kemping, by zjeść suszoną rybę i jutro powrót do domu.

Prognozy na jutrzejszy dzień nie są zbyt zachęcające. Osiem metrów pod wiatr i dwadzieścia pięć kilometrów do lotniska, czyli jakieś dwie godziny jazdy. Cóż nie mamy zbyt wielkiego pola manewru, choć ostatnie na co mieliśmy ochotę w niedzielny poranek, to walka z wiatrem.

Ludzi na kempingu jest coraz więcej. Część z nich, jak chociażby rodzina z Polski siedząca obok, czekają na jutrzejszy lot powrotny. Inni dopiero zaczynają swoją przygodę z wyspą i szykują do dalszej podróży. Grindavik wydaje się być doskonałym punktem wypadowym, jak i kończącym wyjazd. Obok nas zasiadają Francuzi, kawałek dalej dwójka rowerzystów z Hiszpanii, a różnorodności dodają turyści z Rosji spędzający czas na piciu piwa i whisky. Za chwilę będziemy wracać do domu. Czas znowu tak szybko przeminął. Spoglądam na tych wszystkich siedzących tu ludzi. Co chwila wchodzi ktoś nowy. Każdy przyjechał tu w jakimś celu. Opanowuje mnie dość dziwne uczucie końca, osiągniętego celu, uczucie pewnego rodzaju pustki. Z jednej strony kilka dni temu marzyłem o powrocie do domu. Teraz siedzę pogrążony w myślach, zasmucony. To chyba objaw uzależnienia od pokonywania, zdobywania kolejnych założonych celów. Z pewnością ta cecha łączy wiele osób przybywających na wyspę na rowerach. Trudno wrócić z powrotem do szarej rzeczywistości, będąc wolnym, każdego dnia mierząc się z ogromnymi przeciwnościami losu. To rodzaj uzależnienia, które można w pewien sposób przyrównać do uzależnienia gwiazd rockowych występujących na scenie muzycznej od kilkudziesięciu lat. Osiągnęli wszystko, nic już nie muszą nikomu udowadniać, a jednak nadal to robią, nie potrafiąc przestać. Tak samo jest tutaj.

Przed wyjazdem na Islandię obiecałem sobie, że to będzie ostatni wyjazd w tym roku. Nigdzie już więcej nie pojadę. Chcę odpocząć w domowym zaciszu. Już dziś wiem jak trudno, o ile to w ogóle możliwe, nie wyznaczać sobie kolejnych celów, nie snuć nowych planów, pozostawać w stagnacji. Życie zmusza człowieka do ciągłej walki, do samodoskonalenia, poprawiania, przemierzania i przeskakiwania kolejnych, coraz trudniejszych barier. Spoglądam na Norwega siedzącego tuż obok. Znam doskonale ten wyraz twarzy. Dokonał czegoś wielkiego, ale to co można wyczytać z jego oczu jest dość oczywiste. Pytanie o to co będzie kolejnym celem? Gdzie pojadę dalej? Dokąd się udam?

Wracam na moment do namiotu i wychodzę z powrotem, spotykając Norwega. Ucinamy sobie kolejną, a zarazem ostatnią już pogawędkę.

– Przyjechałem na wyspę z córką, ale niestety nie dała rady. Musiała zakończyć swoją przygodę w Akureyri i natychmiast wracać do Norwegii, by udać się do lekarza. Problemy ze ścięgnami. Przez ostatnie kilka dni przyjmowała leki. Z badań wynika, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Teraz troszkę żałuję. Mogłem zaplanować ten wyjazd inaczej. Zatoczyć złoty krąg i wrócić. W przyszłym roku chciałbym pojechać do Rzymu śladami pewnego podróżnika rowerzysty ze starych dzienników, które czytałem. Dokonał tego w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Choć to za rok, a za tydzień kajaki na Lofotach. Potem pieszo do Santiago de Compostella drogą świętego Jakuba. Próbowałem już wcześniej, ale żona złamała palec, jadąc rowerem i musieliśmy przerwać wyjazd. Zimą może jakiś wyjazd na narty. Ostatnio byłem w Słowenii, ale najbardziej lubię Włochy. Jeździłem na nartach też za oceanem, w Stanach Zjednoczonych, ale nie widzę w tym większego sensu. Zbyt daleko i skipass zbyt drogi. Po Szwecji i Finlandii jeździłem samochodem, ale myślę, że na rower nie jest to szczególnie dobry pomysł. Za płasko, same lasy. Po prostu nudno. Islandia niebawem po raz kolejny upadnie. Nie oferują turystom niczego. Ekstremalnie wysokie ceny, a jakość zerowa. Za podobne pieniądze jakie tu płacimy za marnej jakości pokoje, w Norwegii można spać w hotelu. Moja córka, studiując w Polsce, żyła jak król. Była za słaba, by móc studiować w Norwegii. Poza tym dostała stypendium na studia w Polsce i po opłaceniu czesnego, nadal mogła żyć w luksusie. Koszt przejazdu komunikacją miejską w Poznaniu jest dziesięciokrotnie niższy niż w Norwegii. Koszt przejazdu taksówką to średnio dwadzieścia złotych. U nas trzydzieści złotych płaci się za samo wejście do pojazdu. Wielu Norwegów na studia medyczne wybiera również Węgry. Dla mnie podróż do Islandii miała zupełnie inny wymiar. W tysiąc dziewięćset czterdziestym roku moja rodzina uciekła z Norwegii. Mój ojciec nie chciał służyć Niemcom. Część zamieszkała w Raykjaviku, a część w Akureyri. To zdjęcia mojej rodziny stojącej przed drzwiami wejściowymi do domów. Mnie nie było wtedy jeszcze na świecie, ale mój brat urodził się na Islandii. Niestety gdy wrócili do Norwegii w czterdziestym piątym roku miał wypadek i utopił się. Odnalazłem oba te domy i zrobiłem sobie zdjęcia przy drzwiach wejściowych. Niestety nikogo nie zastałem, pukając do drzwi. Dla mnie ta podróż jest bardzo sentymentalna, to coś więcej, coś zupełnie innego niż zwyczajne osiągnięcie celu. Gdy będziesz w Brattvåg zapytaj o Ove. Mam sześćdziesiąt dziewięć lat. Wszyscy mnie tam znają.

Żegnam się z Ove i powolnym krokiem wracam do namiotu, by spędzić ostatnią noc na wyspie