Jeszcze długo przed przyjazdem do Japonii zachwalano mi pierwszą stolicę kraju kwitnącej wiśni, a mianowicie Narę. Siedziałem wtedy na dachu jednego z omańskich budynków wynajmowanych przybyszom z zachodu, popijając wino z pochodzącą ze Stanów Zjednoczonych nauczycielką języka angielskiego. Otóż Rachel przez siedem poprzednich lat mieszkała w Korei Południowej, a z racji na niezbyt dużą odległość od Japonii, miała okazje zwiedzić sporą jej część. To właśnie Nara w jej opinii była najpiękniejszym miastem jakie było jej dane widzieć. Nic więc dziwnego, że to właśnie Nara jako jedno z pierwszych miast trafiło na moją listę miejsc do odwiedzenia.

Tori

W podróż udaję się z tego samego dworca co do Koya, mając na celu powrót na noc do Osaki. Tu po raz pierwszy na swej drodze spotykam wycieczkę z Polski podążającą tym samym pociągiem. W pewnym momencie w składzie następuje duże poruszenie. Pociąg zatrzymuje się na jednej z kolejnych stacji, gdzie część wagonów zostaje odpięta, a podróżni szybko przebiegają do jego przedniej części. Godzinę później jestem już na dworcu docelowym.

Pogoda po raz kolejny nie zachęca do zwiedzania, ale nie mając zbyt dużego pola manewru, podążam za tłumem turystów z mapami w ręku. To dość duża zaleta podróżowania po Japonii. Tu nie trzeba mieć żadnego rozeznania w terenie. Chcąc zobaczyć największe atrakcji kraju, wystarczy podążać za tłumem idących w tym samym kierunku turystów.

Tym samym dochodzę do głównego parku miasta, krzątam się to tu to tam oglądając wyrastające jak grzyby po deszczu świątynie. Gdzie nie gdzie wypatruję drzewa wiśniowe w pełnym rozkwicie. Jedne białe, inne różowe. Brakuje tylko słońca, które podkreśliłoby barwę kwitnących kwiatów.

Kwitnące wiśnie

Idę dalej, ale im dalej, tym mój wątpliwy zachwyt ów niezwykłym pięknem Nary jest coraz mniejszy. Przyjechałem tu w zasadzie bez żadnych oczekiwań. Chciałem po prostu pospacerować wśród wybudowanych w parku świątyń, stojących w otoczeniu kwitnących wiśni. Jednakże ze spokojnego spaceru nici. Otóż Japończycy postanowili wpuścić do parku jelenie, które ów miejsce obrały sobie za swój dom. Mój spacer zamienia się w nieprzyjemny slalom pomiędzy pozostawianymi przez zwierzęta odchodami. Moja obserwacja świątyń zamienia się w poszukiwanie skupionym wzrokiem czystych miejsc na chodnikach, gdzie mogę postawić kolejny krok. W pakiecie z odchodami otrzymuję również całą gamę niezwykłych zapachów.

Jelenie

Jednakże jak to zazwyczaj bywa, to nie zwierzęta są głupie, a ludzie. Japoński brak rozsądku jest tak ogromny, że w sklepach z pamiątkami możemy zaopatrzyć się w karmę dla jeleni, którą to co poniektórzy turyści szczują zwierzęta, by zrobić sobie z nimi zdjęcia. Jak już nie raz wspominałem pochodzę ze wsi i w domu rodzinnym las mam na wyciągnięcie ręki. Nieobce są mi zatem spacery po leśnej ściółce, wśród wybijających się w górę drzew. Wypatrzenie zwierzyny w lesie nie należy do zadań prostych, ale gdy trud obserwacji zostaje zwieńczony sukcesem, radość wydaje się być nieoceniona. Oglądanie niby dzikiej, ale tak naprawdę ogłupionej przez ludzi, oswojonej zwierzyny w miejskim parku? Nie dla mnie tego typu rozrywki.