Dzwonek budzika. Siódma rano. Yuta wstaje do pracy, a my wychodzimy razem z nim, by rozpocząć bardzo intensywny dzień. Dzień zwiedzania. Zgodnie z zaleceniami naszego hosta, udajemy się do słynnego bambusowego lasu, gdzie we wczesnych porach rannych nie powinno być jeszcze turystów. Nic bardziej mylnego!

Problemy turystyki masowej

Labirynt porośnięty z lewej i prawej strony długimi, zielonymi bambusowymi pędami, wypełniony jest nie tylko turystami próbującymi zrobić sobie na każdym kroku dokładnie takie samo zdjęcie, jakie chwilę wcześniej, bądź dokładnie w tym samym momencie robi stu innych ludzi, lecz także profesjonalnymi fotografami, rozstawiającymi się ze swoim sprzętem i ustawiającymi nowożeńców do sesji ślubnej. Niektóre panny młode przyszły w całym ekwipunku, inne mają ze sobą garderobę i w suknie wskakują dopiero na miejscu. Gdyby tego było mało, pomiędzy tłumami zagorzałych turystów i chętnych do wykonania sobie oryginalnej – choć czy na pewno? – sesji ślubnej przemykają umięśnieni i opaleni mężczyźni, ciągnący powozy z turystami. Wygląda to dość komicznie. Przecież w Europie takowe powozy ciągną konie! Gdzieniegdzie w tej roli występują kucyki, ale ludzie? Jak widać w Azji jest to możliwe i nikogo tak naprawdę nie dziwi.

Arashiyama

Początek dnia był doskonałym preludium do tego, co dopiero na nas czekało. Kioto to bez dwóch zdań najbardziej rozpoznawalne miasto Japonii. Każda świątynia, każdy ogród, tori, czy też bambusowy las, były obfotografowane z każdej strony miliony razy.

Poruszanie się wytyczonymi przez Japończyków szlakami turystycznymi, z zaznaczonymi na mapach zabytkami, tudzież miejscami wartymi odwiedzin wydaje się niemożliwe, a jeśli już to zakrawa o definicję masochizmu. Ludzi na ulicach jest tyle, że zatrzymanie, by oddać się chwilowej kontemplacji miejsca, czy też przemieszczanie dalej w troszkę szybszym tempie, nie wchodzą w grę. O jakiejkolwiek formie spaceru możemy zapomnieć. Można raczej mówić o przesuwaniu się w  żółwim tempie, w czymś w rodzaju ludzkiej masy zalewającej wszystkie ulice. Podziwianie, chwila zadumy czy kontemplacji w pobliżu miejsc wpisanych na listę światowego dziedzictwa kultury, również nie wchodzi w grę.

Ginkakuji

Należy wspomnieć, że Sakura jeszcze nie jest w pełnym rozkwicie, pąki na drzewach wiśni porastających słynną ścieżkę filozofów nadal są szczelnie zamknięte, a do rozpoczęcia golden week jeszcze daleka droga. Nie chcę i nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak te miejsca muszą wyglądać we wspomnianych dniach.

W zwiedzaniu Japończyków trudno tak naprawdę odnaleźć jakąś logikę. Oczekiwanie na Sakurę jest szczególnie dobrym momentem do obserwacji japońskiej turystyki. Wiśnie jeszcze nie zakwitły, ale nie sposób dostrzec drzewa na których pojawił się już pierwszy kwiat w pełnym rozkwicie. Można dojrzeć co najwyżej jego koronę, gdyż reszta jest szczelnie obstawiona z każdej strony przez zagorzałych Japończyków, z wyciągniętymi ku górze aparatami, chcącymi uwiecznić ten pierwszy malutki kwiatek. Tak samo chcą z nim sfotografować również siebie. Co z tego, że robili to przed rokiem, dwa, trzy, cztery lata temu i zdjęcia w poszczególnych folderach będą różniły się tylko i wyłącznie ostatnią cyferką, oznaczającą kolejny rok. Przyszedł nowy rok, nowa Sakura, wiśnie ponownie zakwitły i należy to uwiecznić na zdjęciach.

Heian Jingu

Zastanawia mnie dlaczego nikt nie biega u nas po sadach i nie fotografuje kwitnących jabłoni. Dlaczego nie jesteśmy nazywani krajem kwitnącej jabłoni? Może zabrakło nam pomysłowości do wypromowania w świecie ów hasła? A może Japończycy z wszystkiego potrafią zrobić wielkie WOW? A czy kwitnące wiśnie są rzeczywiście zjawiskiem na skalę światowego formatu? To już czysto subiektywna kwestia.

Targ Nishiki

Gdy przed wyjazdem zajrzy się do Internetu, można tam znaleźć przygotowane przez Japończyków trasy zwiedzania z dokładnie wyliczonym czasem, jaki należy poświęcić na odwiedzenie poszczególnych świątyń i innych atrakcji. Chodząc już po wspomnianych miejscach, łatwo odnieść wrażenie, że Japończycy sztywno trzymają się tych reguł. Wchodzą bezmyślnie do każdej świątyni tylko po to, by ją odhaczyć z listy, zrobić zdjęcie i móc powiedzieć, że tutaj byli. Po co tam wchodzą? Bo inni też to robią. Jeśli ktokolwiek przyjedzie tu z chęcią miłego spędzenia czasu w ogrodach japońskich, może o tym zapomnieć już na samym wstępie. Otóż nie istnieje coś takiego jak relaks w tych najsłynniejszych. Po kupieniu biletu należy podążać w szeregu za tłumem i nigdzie się nie zatrzymywać, by po kilkunastu minutach opuścić obiekt wyjściem znajdującym się po jego drugiej stronie. Można by rzec, że im dalej w las, tym więcej drzew. Im bliżej końca trasy, tym więcej ludzi, którzy finalnie zamieniają się w jedną wielką masę ludzką. Nie da się tam włożyć nawet szpilki, gdyż wszyscy dążą do ostatniego celu swojej wędrówki, do Kiyomizu-dera. Niestety nie tym razem. Perełka jest w remoncie, a całość budowli przysłaniają ogromne rusztowania i plandeki.

Zakorkowane przejście w stronę Kiyomizudera

Powoli wracamy do miasta szukając jakiegoś lokalu z jedzeniem, co w moim przypadku jest dość trudnym zadaniem. Jak się później okazuje natrafiamy na najlepszą w mieście restaurację z okonomiyaki. Sam wystrój lokalu przykuwa dość mocno uwagę przybysza. Przy wejściu po lewej stronie możemy podziwiać wszelkie poczynania kucharza i jego wspaniałe kolorowe dania. W środku natomiast przy każdym ze stolików siedzą lalki ludzkiej wielkości. W jakim celu? Nie wiem, jednakże cała stylizacja jest bardzo oryginalna. Do stołu podchodzi kelnerka i mimo bariery językowej okazuje niezwykłą wyrozumiałość, zainteresowanie klientem. Życzliwość, nigdy nieznikający z twarzy uśmiech, stoją zawsze na pierwszym miejscu. Jak bardzo brakuje mi tego w Polsce. Kończymy posiłek i powolnym krokiem udajemy się na Gion, słynną na cały świat dzielnicę gejsz.

Okonomiyaki

Gdy zaczynam przechadzać się jej tradycyjnymi uliczkami, natychmiast pojmuję dlaczego twórcy filmu Wyznania Gejszy zdecydowali kręcić się swoją produkcję w amerykańskich studiach. Otóż Gion już dawno zatracił swój urok. Tu również masy turystów wypatrują gejsz. Nie są jednak świadomi, że większość z tych pań to Koreanki przyjeżdżające do Japonii, wypożyczające tradycyjne stroje i zwiedzające miasto na swój sposób. Ponadto Gion to dziś już nie tylko klasyczne drewniane budowle z przecinającym uliczki kanałem wodnym, lecz także ciągnące się druty elektryczne nad głowami przechodniów, czy wyrastające w tle nowoczesne budynki.

Gion

Dla mieszkańców i przybyszy te druty to udręka. Dla mnie to dość interesujące zjawisko świadczące o tym, że Japonia nie jest jednak tak doskonale rozwiniętym krajem, jakim wydaje się być w wyobrażeniach Europejczyków. Rząd rozważa plan modernizacji i przeniesienia instalacji pod ziemię, ale czy i kiedy to nastąpi? Tego nie wie nikt.

Druty elektryczne

Pogawędki z Yutą

Wieczorem spotkamy się jeszcze z naszym gospodarzem Yutą. Właśnie skończył pracę i dołączy do nas w jednym z naszych ulubionych lokali w starej części miasta. Zasiadamy przy stoliku, a po kilkunastu minutach wchodzi nasz japoński przyjaciel, spogląda na ścianę, surowym wzrokiem przyciąga kelnerkę i składa zamówienie.

– Te znaczki na ścianie to menu? – pytam.

– Tak. – śmieje się Yuta.

Chwilę później kelnerka przynosi przystawkę w postaci maleńkich kałamarnic.

– Tym najczęściej zajadamy się popijając sake. Spróbujcie, ale ostrzegam, są naprawdę surowe.

Mierzę się z trudem z kolejnym kulinarnym wyzwaniem, nie chcąc obrazić swojego gospodarza. Z pewnością nie przeżywam tego samego co on kilka miesięcy wcześniej w Wietnamie, ale zadanie do łatwych nie należy. Przełykam kałamarnicę, kwitując śmiechem całą przygodę z nowością kuchni japońskiej.

– Jesteście z Polski. Tylko dwa nazwiska przychodzą mi w tej chwili do głowy. Chopin! Japończycy szaleją na jego punkcie. Uwielbiają muzykę klasyczną. Beethoven i inni również są znani, ale nikt nie może równać się z Chopinem. Drugi to słynny reżyser Polański.

– Wiedziałeś, że nie może kręcić już filmów w Stanach? – dopytuję z zaciekawieniem.

– Tak, popełnił jakieś przestępstwo kilkadziesiąt lat temu.

– W zasadzie to nie jedyna nasza ikona kina. Wielu najznamienitszych operatorów kamer, jak chociażby Kamiński pracujący przy prawie każdym filmie Spielberga, Wolski, Idziak, pochodzą z Polski. Poza tym w naszej łódzkiej szkole filmowej uczyło się wielu reżyserów koreańskich, potem wracali do ojczyzny i robili doskonałe filmy. Kino koreańskie jest dziś w świecie na bardzo wysokim poziomie. Sami w ostatnim czasie obejrzeliśmy kilka tamtejszych produkcji.

– Jeśli nadal jesteście głodni, możemy pójść zjeść wegetariański ramen.

– Może jutro, ale wracając do domu możesz nam pokazać, gdzie znajduje się restauracja. W zasadzie jadąc do Japonii mieliśmy na celu spróbować dwóch rzeczy, sushi i ramenu. Czy często jadasz sushi?

– Zdarza się. Raz, dwa razy w tygodniu, raczej na kolację.

– Co ciekawe w Polsce pod nazwą sushi otrzymujemy również zrolowany ryż owinięty glonem, z kawałkiem ryby w środku. Jak nazywacie to w Japonii?

– To po prostu machi, co po japońsku znaczy wyłącznie zrolowany. Dla Japończyka sushi to ryż z ułożonym na nim kawałkiem ryby. Najlepsze sushi w Japonii to sushi od Jiro.

– Tak. Widzieliśmy dokument opowiadający o jego restauracji. Niesamowicie drogie miejsce. Za rezerwację stolika płaci się około trzystu dolarów i tak naprawdę nie ma się żadnej możliwości wyboru. Dostaje się to, co akurat danego dnia jest serwowane, czyli zestaw dziesięciu kawałków sushi. A tuńczyki od czterdziestu lat kupuje zawsze u tego samego człowieka na targu Tsukiji.

– Tuńczyki na tym targu są również bardzo drogie. Jeśli chcecie jeść smacznie i tanio, pojedźcie do Fukuoki. To moje miasto rodzinne. Raj na ziemi! A próbowaliście może sake?

– Tak. W Takayamie.

– To doskonale! Takayama słynie z sake. To jakby stolica tego alkoholu. Mają najlepsze wyroby.

– A jak to jest u was z plażowaniem? W Polsce wszyscy słyszeli o Okinawie. Czy wy w ogóle chodzicie na plażę, by poleżeć? Tak po prostu nic nie robić?

– Nie. Na plaże idzie się popływać i wraca do domu. To tyle. Nie ma tu kultury leżenia na plaży. Nasza skóra nie jest przystosowana do opalania się w słońcu.

– A jak wygląda teraz życie w Europie? W ostatnim czasie macie tam wiele ataków terrorystycznych. Miałem jednego studenta, który chciał pojechać do Stanów, ale finalnie się nie udało. Jako alternatywę zaproponowałem Niemcy. Rodzice się jednak nie zgodzili, gdyż stwierdzili, że nie jest tam bezpiecznie.

– Myślę, że jeśli chodzi o Freiburg to nie mieli racji. Studenckie, małe, przyjemne miasto. Problem dotyczy raczej stolic. Bywałeś we Freiburgu. Znasz może Baden Baden, albo Heidelberg?

– Oczywiście!

– Karlsruhe? Mieszkałam tam.

– A Stuttgart? Studiowałem niedaleko w Ludwigsburgu.

– Jasne!

– Byłem na wolontariacie w Schwarzwaldzie. Chciałbym tam wrócić. Zobaczyć czy moje imię na tablicy pamiątkowej nadal widnieje.

Spoglądam na zegarek, który wybija godzinę dwudziestą pierwszą. Yuta rano wstaje do pracy. Nie chcąc go za długo przetrzymywać w barze, wstajemy od stolika i powoli ruszamy w kierunku mieszkania. Po drodze pokazuje nam z zamiłowaniem swoje ulubione lokale kulinarne. Jest tu restauracja włoska, słynny ramen, ale także koreańskie przysmaki w postaci kimchi. Cóż, dziś żołądki mamy już pełne. Może zdecydujemy się na coś jutro.

Drugiego dnia na neutralnym terenie, w barze pod delikatnym wpływem alkoholu, Yuta zaczął się coraz bardziej otwierać. Czy obecność pośród Europejczyków, na Starym Kontynencie zmieniłaby go w innego człowieka? Wyplewiła z niego przesadną troskę o prywatność, zamknięcie na innych ludzi, życie dla pracy? Może i tak, ale czy miałoby to jakikolwiek sens? Zmieniać człowieka wyrosłego w zupełnie innej kulturze niż tą, którą znamy na co dzień? Czy takowe zamiary nie doprowadziłyby paradoksalnie do stworzenia kultury homogenicznej, jak ta japońska, z której Yuta właśnie pochodzi?

Czas w drogę

Siódma rano. Budzik ponownie daje o sobie znać. Ten sam rytuał, kawa, płatki, prysznic, poranne wiadomości, siedząc wyprostowanym przy stoliku. To nasz ostatni poranek z Japończykiem.

Czas kontynuować swoją podróż. Wsiadamy do pociągu podmiejskiego i ruszamy na dworzec główny. To ostatnie nasze chwile z Yutą. Na pożegnanie podajemy sobie rękę, bez zbędnego okazywania czułości. Nasz gospodarz życzy nam udanej dalszej części podróży.

Fushimi Inari

Zanim jednak opuścimy jego miasto, udajemy się w pobliże słynnego kompleksu Fushimi Inari. To ciągnące się kilka kilometrów w górę, ustawione jedna za drugą, czerwone bramy tori. Tym razem los jest dla nas bardzo łaskawy, a mała liczba zwiedzających pozwala nacieszyć oczy niecodziennym widokiem.

Chcąc żegnać się z Kioto przypominamy sobie o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Ramen! Nie możemy wyjechać, nie próbując ramenu poleconego przez Yutę. Wracamy do centrum, do restauracji pokazanej nam dzień wcześniej. Zainteresowanie lokalem jest tak duże, że musimy stać w kolejce na zewnątrz. Szacunek dla gościa jest dla gospodarzy tak istotny, że kelner wychodzi przed restaurację i spisuje zamówienia klientów. Z niecierpliwością czekam na efekt kulinarnych starań kucharzy. Nareszcie przychodzi czas, by po raz pierwszy w swoim życiu skonfrontować się z japońskim rosołem. I może dobrze, że polecił go rodowity Japończyk. Tutejszy ramen jest wyśmienity! Cóż więcej rzec, pożegnanie z Kioto w iście wybornym stylu.

Ramen wegetariański