Spacerem po mieście

Już pierwsze chwile, pierwszych kilka kroków po ulicach Hiroszimy rodzi we mnie nadzieję, że będzie to jedno z najlepszych doświadczeń na japońskiej ziemi.

Opuszczam pokład shinkansena, udaję się na halę dworcową, z której z dwóch rozstawionych po lewej i prawej stronie kolumn dobiega spokojne brzmienie muzyki jazzowej.

Japończycy powoli przechadzają się pomiędzy rzędami ustawionych stołów i przeglądają poukładane w kartonach płyty winylowe i kompakty różnych gatunków muzycznych. Jazz uzupełniają giganci rocka czy bluesa, ale także duża część oferowanych płyt z drugiej ręki to muzyka lokalna. Mógłbym tu spędzić całe godziny, napawać się lekkością dźwięków wydobywających się z rozstawionego sprzętu grającego, lecz nie taki jest mój cel wizyty w Hiroshimie. 

Kontynuuję zatem spacer przez szerokie miejskie arterie przecinające rzekę, otoczone luźną zabudową mieszającą się z zielenią i wszechogarniającym spokojem, tworzącym jakby swego rodzaju kopułę ochraniającą miasto przed inwazją zgiełku z zewnątrz. Wszystko toczy się we własnym, japońskim, uporządkowanym rytmie, ale jakby w zwolnionym tempie, zupełnie inaczej niż w stolicy. Gdzieś ktoś przemknie na rowerze, obok przejedzie spokojnie tramwaj, a kawałek dalej na przejściu nigdzie nie spieszący się ludzie przepuszczą harmonijnie jadące samochody. To jakby inny świat, zupełnie nie z tej planety, jakby zupełnie nie z Japonii. Bez pośpiechu, bez tłumów pędzących przed siebie we wszystkie strony, bez hałasu, bez niezliczonej liczby linii kolejowych przecinających miasto. Zielone tereny, rzeki, brak wystających na każdym rogu wysokich wieżowców, zachęcają przybysza do zgłębienia niezwykłej atmosfery tego miejsca. Zbliżając się do kulminacyjnego punktu, przemierzam powolnym krokiem najbardziej znaną dzielnicę handlową Hondori. Ona też w niczym nie przypomina Akihabary, Shinjuku, czy Shibuyi, tokijskich tłumnie obleganych dystryktów. Zadaszona półprzezroczystym dachem, z grającą spokojnie muzyką, ospale przechadzającymi się pieszymi, zaglądającymi to tu, to tam, ciągnie się w jedną i drugą stronę, by w końcu wprowadzić mnie w ramiona Parku Pokoju.

Hondori

Spotkanie z historią

Bardzo czekałem na ten moment, choć samo spotkanie z tym miejscem rodziło w sercu pewnego rodzaju obawy. Trudno opisać ów odczucie, ale w jakiś sposób można porównać je do chwili przekroczenia bramy obozu w Auschwitz. Kto był ten wie, ten poczuł na własnej skórze, we własnym sercu. W jakiś sposób jako Polak mogę się poczuć bardziej dotknięty, mogę się bardziej zsolidaryzować z japońskim narodem, zrozumieć to miejsce bardziej niż ktokolwiek inny. Przecież ten Park nigdy nie powstałby, gdyby nie tragedia, która wydarzyła się w tym samym mniej więcej okresie co ludobójstwo na terenach naszej ojczyzny.

Tu historia napisała nową kartę szóstego sierpnia, tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku o godzinie ósmej piętnaście, kiedy to Enola Gay, bombowiec B-29, za sterami którego zasiadał Paul Tibbets, zgładził populację jednym uderzeniem bomby atomowej. Skutki tego uderzenia nie były niestety punktowe i ciągnęły się jeszcze przez wiele długich lat. Tak naprawdę można je obserwować po dziś dzień.

Po lewej, stronie tuż przy wejściu do Parku Japończycy ustawiają się w długiej kolejce po lody. Kawałeczek dalej para przybyszy z Europy siedzi przy stoliku restauracji popijając szampana i zajadając się włoskimi makaronami. Wszystkie ławki w parku zajęte są przez weekendowych turystów przybywających, by podziwiać dopiero co wybijające się pąki kwiatów wiśni. Sakury w pełni jeszcze nie ma. Ten rok był niebywale zimny i pełne kwitnienie się opóźnia, ale to nie przeszkadza Japończykom w rozkładaniu koców pod drzewami i spędzaniu wolnego czasu na upajaniu się promieniami słońca, próbującymi przebić się przez przykryte gęstą warstwą chmur niebo. Zachowania wszystkich tych ludzi wydają się być nie na miejscu, ale nie tutaj. Nie w Hiroszimie. Nie w Parku Pokoju. Tu wszystko jakby współgra, tak jakby Hiroszima pogodziła się z tym, co się wydarzyło kilkadziesiąt lat temu, zrodziła się na nowo, powstała jak Feniks z popiołów, ale pamięta i nigdy nie zapomni.

Park Pokoju

Pamięć o katastrofie żyje przede wszystkim dzięki turystom przybywającym do miasta, chcących oddać hołd ofiariom, babciom i dziadkom przechadzających się dziś po Parku japońskich młodzieńców. O wszystkim przypomina stojąca po prawej stronie słynna na cały świat kopuła, jedyna pozostałość po mieście pamiętającym czasy uderzenia atomowego. I choć dysputy o to czy należy ją zburzyć, czy pozostawić, były zaciekłe, kopuła stoi na swoim miejscu po dziś dzień. Otoczona płotem i tablicami informacyjnymi, fotografowana kilka, kilkanaście, albo kilkadziesiąt tysięcy razy każdego dnia, stoi. Jedni przychodzą poczytać o historii, inni zatrzymują się przy stojącym kawałek wcześniej pomniku, pogrążają się w zadumie. Jeszcze inni wyciągają uchwyty, umieszczają na nich swoje telefony komórkowe i robią sobie jakże popularne w dzisiejszych czasach selfie na tle kopuły.

Kopuła

Tym razem to ja pogrążam się w zadumie i zastanawiam się, czy ludzie we współczesnym świecie całkowicie postradali już zmysły? Czy robienie sobie zdjęcia w bramie z napisem „Arbeit macht frei”, tudzież przy kopule upamiętniające tragiczną śmierć palonych żywcem ofiar kilkadziesiąt lat temu, jest powodem do dumy? Czy jeśli ktoś musi leczyć swoje kompleksy i chce się stać podwórkowym celebrytą odznaczającym się w każdym z odwiedzonych miejsc, byle by tylko pochwalić się, konkurować ze znajomymi musi to robić akurat w tym miejscu? Czy ludzka natura nie ma żadnego umiaru? Czy świat opanowała już bezgraniczna znieczulica? Odwracam się i idę dalej.

Przemierzając ścieżki Parku czuję się trochę tak jak na placu Naqsh-e Jahan w irańskim Esfahanie. Odczucie panującej tu atmosfery rodzące się w sercu jest bardzo podobne. Ludzie spacerują, bawią się, uśmiechają, ale po chwili obserwacji można zauważyć, że coś tu jest nie tak jak powinno. Coś wisi nad porządkiem tej perfekcyjnej harmonii. W Iranie jest to ręka tyranii, a tu tę samą rolę odgrywa piętno historii odciśnięte na japońskim narodzie. Hiroszima co prawda powstała, została całkowicie odbudowana na nowo, urosła do rangi światowej, nowoczesnej metropolii. Niestety tej smutnej karty historii nie da się zmyć, zamazać, usunąć z pamięci, mimo, iż młodzi Japończycy byliby szczęśliwi z takiego obrotu sprawy. Dziś mają już dość ciągłych rozmów o pokoju, nie interesują ich statystyki, ani ofiary z przed kilkudziesięciu lat. Jednakże to wydarzenie, którego zapomnieć nie sposób, co więcej, którego zapomnieć nie wolno!

Idąc dalej, kieruję się w stronę Muzeum Pokoju. Tu czeka mnie zderzenie z ponurą historią. Spacer, jeśli można tak nazwać przechodzenie do poszczególnych pokojów, jest przygnębiającym doświadczeniem, konfrontacją z brutalnością ludzkiej natury, tego, jaki los jest w stanie zgotować człowiek swojemu bliźniemu. Drastyczne sceny i opisy przedstawiane na wizualizacjach i ekranach mają taką moc działania, że Blondynka musi usiąść i napić się wody, gdyż nie jest w stanie kontynuować wizyty. Wychodząc z ostatniej sali i przechodząc korytarzem do wyjścia, na jednej ze ścian widnieją zdjęcia Baracka Obamy, który rok wcześniej jako pierwszy Prezydent Stanów Zjednoczonych odwiedził muzeum w Hiroszimie. Jego wypowiedzi na temat świata bez broni atomowej, bez wojen kwituję mocnym powątpiewaniem. Przygnębiony, pogrążony w zadumie, spoglądam przez okno na Park Pokoju, opuszczam muzeum i udaję się w stronę Hondori, by choć trochę się otrząsnąć.

Jak w Liverpoolu

Poprawy nastroju doszukuję się w muzyce jednego z moich ulubionych zespołów brytyjskich, a mianowicie The Beatles, wybrzmiewającej z jednego z pobliskich barów. Lokal przypomina stylem brytyjski bar, a gdziekolwiek nie spojrzeć, można dostrzec plakaty członków zespołu, a przed ladą nawet figurki Ringo, Paula, Johna i Georgea. To miejsce pozostanie dla mnie już do końca pobytu najprzyjemniejszym lokalem w jakim było mi dane być na japońskiej ziemi. Jednakże największe zderzenie z japońską rzeczywistością dopiero przede mną.

Bar Beatlesów

Wsiadam w tramwaj. Tak, w Hiroszimie nie uświadczymy metra. Ciekawym wydaje się być również system płatności za odbytą podróż. Otóż stawki są płaskie, a płacimy wrzucając odliczoną sumę do automatu znajdującego się obok kierowcy. Zastanawia mnie jak funkcjonowałby taki system w Polsce, gdzie na każdym przystanku wsiada masa ludzi. Autobusy, czy tramwaje jeździłyby chyba cały czas spóźnione. Wysiadam na stacji końcowej i udaję się spacerem w stronę zatoki, gdzie czekają na mnie moi gospodarze Miki i jej rodzina.