Japończycy przy przygotowywaniu oznaczeń szlaków często bywali niekonsekwentni. Gdy na początku na tabliczkach informacyjnych widzimy jeszcze dwujęzyczne wersje językowe, w późniejszym etapie zwiedzania możemy nacieszyć oczy tylko i wyłącznie wersją japońską.

Z takową sytuacja mamy do czynienia chociażby w Magome, najstarszej i najlepiej zachowanej wiosce pochodzącej z czasów ery Edo. Choć dokładnie rzecz ujmując ów absurd dotyczy słynnej trasy trekingowej Nakasendo, prowadzącej z Magome do Tsumago.

Magome

Dziś pogoda od samego rana nie zachęcała do wychodzenia z łóżka, a wiszące na niebie chmury zwiastują zbliżający się deszcz. Tak też się dzieje krótko po wyjściu z autobusu na dworcu. Żal serce ściska, gdyż charakterystyczne, drewniane japońskie domki, ciągnące się w górę to po jednej, to po drugiej stronie kamienistego traktu dla pieszych, otulone słonecznymi promieniami, musiałyby wyglądać jak nie z tej planety, a przynajmniej nie z tej ery. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zła pogoda nie przyciąga rzeszy turystów, a całą trasę można przejść w całkowitym spokoju.

Z Magome do Nakasendo

Tuż po zakwaterowaniu chwytamy za parasole i ruszamy w kierunku Tsumago. Początek nie porywa naszych serc. Zasłony gęstych, deszczowych chmur zmieszanych z ciągnącą się w każdą stronę mgłą, odbierają soczystej zieleni jej prawdziwy blask. Wzgórza, góry, lasy, cała przyroda staje się nijaka. Naszą uwagę przykuwają natomiast rozmieszczone co jakiś czas na trasie dzwoneczki, ukryte pod daszkami na metalowych palach. To broń przeciwko grasującym po lasach niedźwiedziom. Czy jednak ów monstrualne zwierzęta faktycznie grasują w odwiedzanym przez nas terenie? Trudno powiedzieć.

Uwaga niedźwiedzie

Dzwonek na niedźwiedzie

Przemiły starszy Japończyk, u którego zatrzymujemy się w połowie trasy twierdzi, że nigdy takowego nie widział. Mieszka tu i pracuje w branży drzewnej, a przy okazji pozwala zatrzymać się turystom przemierzającym szlak w celu krótkiego odpoczynku, wypicia herbaty, zjedzenia jakiegoś smakołyku. Wszystko to bez jakichkolwiek opłat. Jeśli ktoś czuje potrzebę, może wspomóc ów projekt, wrzucając pieniądze do skrzyneczki umieszczonej na jednej z drewnianych ław. Całe pomieszczenie to klasyczna, japońska chata z dwoma miejscami na rozpalenie ogniska. Niespieszno nam wychodzić na zewnątrz gdzie leje deszcz, a tu jest tak przyjemnie ciepło.

Chata Japończyka

Do chaty wchodzi dwóch kolejnych turystów. To starsze małżeństwo z Wielkiej Brytanii. Rozpoczynamy krótką pogawędkę, wymieniamy doświadczenia z dotychczas przebytej trasy.

– A Wy skąd jesteście? – wyskakuje w pewnym momencie z pytaniem Anglik.

– Z Polski. – odpowiadam.

– To pewnie pracujecie w Wielkiej Brytanii i przylecieliście sobie teraz na wakacje? – arogancko kwituje mężczyzna.

– Nie do końca. Praca w Anglii byłaby dla nas nieopłacalna. W Polsce można zarobić więcej. Na wyspy przylatujemy tylko od czasu do stolicy na koncerty. Ten wypad do Japonii to w zasadzie nie nasze coroczne wakacje, tylko jeden z kilku wyjazdów. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy była Norwegia na rowerach, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman. Za miesiąc lecimy do Londynu. W międzyczasie Japonia. Potem będzie jeszcze Islandia na rowerach. Na koniec roku nie mamy jeszcze sprecyzowanych planów.

Mężczyzna kiwa głową, nie mogąc z siebie wydusić słowa. Bycie aroganckim w stosunku do innych turystów nie jest w mojej naturze. Jednakże cięta riposta do zatopionych w stereotypach, tępogłowych jednostek czasami wydaje się być jedyną możliwą drogą do sprowadzenia człowieka na ziemię.

Idąc dalej mijamy fragmenty lasów bambusowych i po półtorej godzinie dochodzimy do celu naszego trekkingu, drugiej najbardziej znanej wioski z ery Edo, Tsumago. Niesprzyjające warunki pogodowe odcisnęły swoje piętno również i tutaj. Na tradycyjnej uliczce ciągnącej się pośród drewnianych domków, turystów można szukać ze świecą.

Tsumago

Wracamy czym prędzej do Magome, napotykając na ostatnim odcinku makaki japońskie biegające po wzgórzu. Spektakularne spotkanie z naturą. Nigdy nie bawiło mnie oglądanie zwierząt w klatkach ogrodów zoologicznych. Zwierzęta w ich naturalnym środowisku, dostrzeżenie chociażby zająca w polskim lesie, jest dla mnie zawsze wewnętrznym osiągnięciem, czymś co wywiera na mnie ogromne wrażenie. Do kolekcji wspomnień, swoistych trofeów, będę mógł zatem dodać makaki biegające po zalanych deszczem wzgórzach Magome.

Magome

Będąc świadomym braku lokalów gastronomicznych w wiosce, ruszamy do jedynego marketu, żeby zaopatrzyć się w jedzenie na dzisiejszy wieczór. Kolejne twarde zderzenie z rzeczywistością. Kolejne kuriozum tego jakże turystycznego miejsca to godziny otwarcia sklepów. O zjedzeniu kolacji możemy tylko pomarzyć, gdyż wszystko zamykane jest o siedemnastej. Choć ta siedemnasta to chyba też tylko w teorii, gdyż podchodząc do znajdującego się na rogu marketu krótko po godzinie szesnastej, zastajemy zamknięte drzwi i powygaszane światła. Na szczęście w plecaku mam jeszcze dwa pudełka z makaronem. Rozkręcamy klimatyzację w naszym wyziębionym do granic pokoju i udajemy się do niemniej wyziębionej sali jadalnej.