Stolica kraju kwitnącej wiśni nie robi na przybyszu szczególnego wrażenia od samego początku. Jadąc koleją z lotniska, od strony południowej czy to spoglądając w prawo, czy w lewo, widzimy niską zabudowę z gdzieniegdzie wystającymi wyższymi wieżami. Całość wydaje się nie mieć końca. Wielkomiejski krajobraz w żaden sposób nie zmienia się, gdy ruszymy na północ.

Jazda rowerem poza miasto nie byłaby tu możliwa, gdyż samo wyjechanie ze zurbanizowanego terenu zajęłoby dobrych parę godzin. 

Japońskie mieszkania

Budynki mieszkalne na obrzeżach poupychane są jeden na drugim. To niskie konstrukcje w rodzaju małych wieżowców z klatkami w formie półokrągłych balkonów na zewnątrz bloku. W zasadzie każde z japońskich mieszkań w jakich mi dane było przebywać, posiadało balkon. Mimo, iż według statystyk Japończycy są w czołówce najbogatszych narodów świata, to tradycyjne lokum tubylca zbliża się swoim metrażem do zawrotnych dwudziestupięciu metrów kwadratowych. Nie jest to w żaden sposób kwestia statusu społecznego, gdyż nawet mieszkania notabli politycznych nieszczególnie wyróżniają się na tle przeciętnej krajowej.

Lokum składa się z malutkiego korytarza, kuchni zabudowanej na ścianie w tymże korytarzu, łazienki, toalety i pomieszczenia głównego pełniącego rolę salonu, jak i sypialni.

Korytarz nie ma nic wspólnego z tym, znanym nam z polskich mieszkań. Tutaj to ekstremalnie wąskie przejście i jeśli tylko ktokolwiek stoi w tym samym momencie w kuchni i pichci jakieś posiłki, nie sposób przejść chociażby do toalety, przecisnąć się przez tę wąską szparkę znajdującą się pomiędzy ścianą, a stojącym obok człowiekiem. Trudno byłoby tam wcisnąć nawet szpilkę. Na pralkę zazwyczaj nie ma już miejsca. Stawia się ją przed wejściem do mieszkania.

Cała konstrukcja łazienki przypomina natomiast tą, znaną z przyczep kempingowych. Wszystko wykonane jakby z laminatów, sprawia wrażenie nietrwałej konstrukcji, mogącej w każdej chwili rozsypać się na kawałki.

Japońska łazienka

I gdy już wydaje nam się, że trafiliśmy do super skomputeryzowanego świata najwyższych technologii, nagle zaskakuje nas brak ogrzewania centralnego. Ot taka przypadłość azjatyckiego systemu mieszkaniowego. Główne pomieszczenie spełniające rolę salonu i sypialni wyposażone jest w klimatyzację. Ta jednak nie za wiele pomaga, gdyż przy roku składającym się z czterech pór i dość surowych zimach, mieszkanie wychładza się w tempie ekspresowym, tuż po jego opuszczeniu.

Próżno tu także szukać okien, a drzwi wychodzące na balkon są bardziej szkłem, niepozwalającym widzieć tego, co się dzieje w środku. Nie dają światła, także mieszkaniec takiego budownictwa zwykł używać światła przez cały dzień. Choć stwierdzenie cały dzień nie ma zastosowania w świecie japońskim, gdzie społeczeństwo całe dnie spędza w biurach i wraca do domu tylko na noc.

Japońskie toalety

Toaleta, która mogłaby być tematem na napisanie osobnej książki, również sprawia wrażenie jakby klaustrofobicznej kabiny, gdzie nie ma mowy o jakimkolwiek odwróceniu się. Japończycy nie zapomnieli jednak o zautomatyzowaniu pomieszczenia, a ich toalety znane są chyba na całym świecie ze skomputeryzowanej formy z podgrzewaną klapą i pełni funkcjonalnym panelem elektronicznym umieszczonym z boku po prawej stronie, bądź też wbudowanym na ścianie.

Japońska toaleta

Toaletowy boom rozpoczął się w latach osiemdziesiątych, kiedy to domy towarowe, aby przyciągnąć uwagę klienteli, zaczęły montować coraz to nowsze ubikacje. Co ciekawe, gdy Japończycy zaczęli montować w domach kosmiczne wynalazki, sześćdziesiąt sześć procent gmin nadal nie posiadała kanałów ściekowych, a wielu Japończyków korzystało w tym samym czasie z łaźni publicznych. Od osiemdziesiątego ósmego roku Japonia świętuje Narodowy Dzień Toalet. Japończycy rozwinęli swoistą kulturę toalet. Specjaliści zajmujący się tematem nazywają siebie ubikacjologami. Najwięksi producenci, już przed trzydziestu laty, rozpoczęli pracę nad toaletami umożliwiającymi analizy ludzkich odchodów.

Największym specjalistą w dziedzinie ubikacji był Hideo Nishioka, profesor słynnego Uniwersytetu Keio. W swojej karierze zwiedził kilkadziesiąt krajów, w celu dokonania studium przyzwyczajeń korzystania z toalet, a przy okazji skompletował imponującą kolekcję papieru toaletowego. Według jego badań nawyki wypróżniania się zadecydowały o losach wielu wydarzeń historycznych. Dzięki swojej niezwykłej znajomości tematu, Nishioka został poproszony o udzielenie konsultacji na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Co więcej uczony wymyślił własną jednostkę pozwalającą zbadać czas spędzany w toalecie. Z jego analiz wynika, iż japońscy mężczyźni spędzają w ubikacji trzydzieści jeden sekund dziennie, kobiety minutę i trzydzieści siedem sekund, natomiast ludzie z Zachodu potrzebują cztery razy więcej czasu na załatwienie swoich potrzeb fizjologicznych.

Japonia przoduje także w ilości toalet publicznych, a już w latach osiemdziesiątych gminy prześcigały się w oryginalności architektonicznych pomysłów na ów szalety.

Domowe sedesy, poza wspomnianym już ogólnopojętym skomputeryzowaniem, wyposażone są także w inne, niezwykle pomysłowe funkcje. Pod naporem ciężaru grają melodie, usuwają niepożądane zapachy, podmywają i osuszają użytkownika, co przyczynia się do oszczędności zużycia papieru. Żeby oszczędzać ilość marnotrawionej wody przez uruchomianie spłuczki w celu kamuflowania fizjologicznych dźwięków, instaluje się urządzenie emitujące dźwięk spłukiwanej wody.

Kultura kopiowania

Co prawda biurowce z zewnątrz wydają się atrakcyjne i luksusowe, jednakże wewnątrz sytuacja ma się zgoła inaczej. To duże, skromnie urządzone, surowe pomieszczenia, w których tłumy ludzi pracują obok siebie. Jak już wspomniałem, Tokio na pierwszy rzut oka nie kusi atrakcyjnością. Nie znajdziemy tu żadnych sztandarów architektury mogących równać się z europejskimi perełkami. Nietrudno jednak natrafić na kopie znanych nam, Europejczykom, budynków. Dworzec w Tokio to kopia tego w Amsterdamie. Pomieszczenia dla gości państwowych to Pałac Buckingham. Tokio Tower to wieża Eiffla, z tymże wyższa o kilka metrów. Tysiące kafejek imituje te zachodnie, a jednym z ulubionych projektów do kopiowania jest miniatura Białego Domu.

W zasadzie kultura kopiowania sięga daleko wstecz, do roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego pierwszego, kiedy to trzynastu portugalskich jezuitów przeszła się ulicami Kioto w swoich oryginalnych strojach. Japończycy natychmiast podchwycili pomysł i wystroili się identycznie, na wzór przybyszy z Zachodu.

Mimo, iż jak już wspomniano, próba poszukiwania w Tokio przytłaczającej liczby zabytków spełznie raczej na niczym, jednakże przy bliższym przyjrzeniu się, po spędzeniu tu kilku dni zaczniemy odkrywać smaczki tokijskiego społeczeństwa, jednego z największych miast świata, którego cała aglomeracja przekracza dwadzieścia milionów ludzi.

Japońskie wycofanie

Tokio to jakby państwo w państwie złożone z dwudziestu trzech dzielnic, będącymi w zasadzie osobnymi miastami o zupełnie unikatowym charakterze.

Spora część tubylców chodzi w maskach chirurgicznych. Kiedyś w prasie przeczytałem, iż powodem ku temu jest dbanie o higienę, niechęć zarażenia drugiej osoby chorobami przenoszonymi drogą kropelkową. Jednakże jadąc metrem natykam się na zbyt duże ilości rzekomo chorujących osób, a wydaje mi się to już całkowicie niemożliwe, gdy spotykam trójkę młodych siatkarzy, z których wszyscy mają na sobie ów maski. Jak później dowiaduję się z kilku różnych źródeł, wielu tubylców cierpi na alergię i chroni się w ten sposób przed pyłkami. Są też tacy, którzy obawiają się smogu. Zdarzają się też osoby przeziębione, ale chyba ostatni argument dociera do mnie najbardziej i współgra mi z wizerunkiem autochtona. Otóż Japończycy zakładają maski, by ukryć swoje emocje, schować się, zbudować pewną granicę między ja, a resztą społeczeństwa. Szczególnie kobiety, które nie chcą być obserwowane przez mężczyzn uciekają się do tego procederu. Brak czasu, ciągły pośpiech nie pozwala paniom na upiększenie swojej twarzy makijażem. To kolejny powód, dla którego twarze zakrywa się maskami.

– Zachowanie infantylne. Facetom brakuje męskości. Są jak nastolatki, zadomawiający się w salonach gier, oglądający anime i mangę, przebierający się za bohaterów z kreskówek. W jednej ręce trzymają komiks, drugą bezmyślnie uderzają w automat do gry w ogromnym harmidrze i dymie papierosowym, unoszącym się nad każdym z automatów ciągnących się w nieskończoność na kilku piętrach budynków, będących wielkimi centrami gier – twierdzi Blondynka.

Japończycy zdają się być odosobnieni, a jeżdżąc metrem nie sposób nie zauważyć ich zamkniętej natury. Otóż siedząc w wagonie, gdy tylko nadarzy się okazja i zwolni się miejsce, Japończyk natychmiast wstaje i przesuwa się obok, by stworzyć lukę pomiędzy nim, a kolejnym pasażerem. Z początku może się wydawać, że to niechęć skierowana do obcokrajowców, ale nie tu leży problem, gdyż chwilę później obserwuję analogiczną sytuację pomiędzy tubylcami. To raczej kwestia dania większej przestrzeni i prywatności drugiemu człowiekowi, nieokraszona żadnym komentarzem.

Tokijskie metro

Tu trudno usłyszeć w jakiejkolwiek sytuacji jakiś komentarz. Tubylcy są raczej cisi i tak właśnie należy się zachowywać we wszelkich środkach komunikacji publicznej, gdzie już na samym wejściu widzimy informacje o konieczności korzystania z telefonów komórkowych w trybie cichym, w przypadku dużej ilości osób na pokładzie. O wielu pasażerów nietrudno, szczególnie w godzinach szczytu. To jedna wielka ludzka masa stykająca się ze sobą, lecz nie nawiązująca żadnego kontaktu.

Wracając do kraju i korzystając z połączeń kolei, trudno przyzwyczaić się z powrotem do polskich nawyków podróżujących. Tak naprawdę nie mam ochoty i kompletnie nie interesuje mnie co robi wujek, czy ciotka siedzącej obok mnie całkowicie obcej dla mnie osoby. Jednakże jadąc polskim pociągiem, nie jestem w stanie spożytkować tych kilkunastu, czy też kilkudziesięciu minut, w zależności od tego dokąd jadę, chociażby na czytanie książki, czy wyciszenie wewnętrzne, podziwianie natury za oknem. Nie jest to w żaden sposób możliwe, gdyż w Polsce muszę wysłuchać historii i opowieści o życiu i planach podróżnych na najbliższe dni.

Japończycy są natomiast wycofani, wstydliwi, nie wychylają się przed szereg. Choć to wycofanie czasami jest zbyt duże i często obecne wtedy, gdy powinno być całkowicie na odwrót, bo czy nie łatwiej byłoby powiedzieć przepraszam, wysiadając z metra, zamiast na siłę przepychać się łokciami i wpychać się na stojących dookoła ściśniętych jak sardynki podróżnych? Pytanie tylko skąd to całe wycofanie się wywodzi. Może problem nie leży w infantylności? Może źródła należy upatrywać zupełnie gdzieś indziej? Może to ucieczka przed ciągłym stresem, przed nieustanną gonitwą, nadgodzinami i nadludzkim wysiłkiem w pracy? Może to jedyny sposób by rozładować emocje po tak ciężkich dniach?

Kult pracy

Średnia godzin pracy jest tu zatrważająca. Nasz hinduski znajomy jest tego doskonałym przykładem. Tak naprawdę pracując od rana do nocy, nie ma czasu na życie prywatne. Życie to praca, to podporządkowanie się systemowi i bycie dla systemu. Wyłamanie się z tej spirali, dobrze naoliwionej machiny, oznaczałoby hańbę. Nikomu nawet nie przemknie taka myśl w głowie, by wyłamać się z systemu. W Japonii bogata jest społeczność, a nie jednostka. Tu podwładny słucha przełożonego i wykonuje rozkazy. Jeśli natomiast człowiek jest już na skraju swoich sił i nie jest w stanie kontynuować takiego stylu życia, często popada w alkoholizm, albo co gorsza popełnia samobójstwo. Japończycy nierzadko biorą dodatkowe, bezpłatne nadgodziny, nie korzystają z urlopów, a jeśli chorują, chodzą do pracy. Idąc europejskim tokiem myślenia, można by pomyśleć, że to poddanie się, pójście na łatwiznę, przegrana, powód do wstydu i hańby. Ale tu jest zupełnie inaczej. Wyłamanie się, porzucenie pracy, skwitowane zostałoby właśnie takowymi stwierdzeniami. Dlatego łatwiej targnąć się na swoje życie. Ci, dysponujący jeszcze jakimiś resztkami sił, zatracają się w wielkich salonach gier.

Salony gier

Japończycy wrzucają do automatów raz za razem monety, by wyjąć misia, tudzież inny nic nie znaczący gadżet, przegrywając w ten sposób ogromne sumy pieniędzy. To rozrywka na poziomie tej popularnej znad Bałtyku z końca lat dziewięćdziesiątych i początku nowego stulecia. Tutaj natomiast wszystko jest dużo bardziej rozbudowane. To dosłownie wielopiętrowe budynki, gdzie na różnych poziomach znajdują się zupełnie inne, jakby tematycznie poukładane automaty do gier.

Parter zwykle zajmują maszyny do wyciągania misi i innych gadżetów. Tu szczególnie młodzież trwoni swoje drogocenne jeny na wyciąganie różnego rodzaju produktów, o dużo mniejszej wartości, niż ilość wrzuconych do automatów monet. Można złowić dosłownie wszystko, poczynając na maskotkach z filmów, seriali i bajek, poprzez figurki z anime, a kończąc na portmonetkach, czy nawet śpiworach!

Drugie piętro to często raj dla fanów pachinko, typowej japońskiej gry ze spadającymi, metalowymi kulkami do różnych kieszeni. Jeśli kulki wpadną do podświetlonej dziury, maszyna wyrzuca kolejne na dalsze gry. Jeśli nie, grę możemy kontynuować, dokupując kolejną porcję kulek. Pachinko obdarzone jest w świecie japońskiej rozrywki największym kultem. W zasadzie samo słowo niczego nie oznacza. Grę wymyślono w latach trzydziestych w Stanach Zjednoczonych. Po wojnie otrzymała jakby drugie życie w Nagoi. Początkowo z zamysłem dla dzieci, dziś uzależnia wyłącznie dorosłych. Co ciekawe Japończycy są przekonani, iż jest to gra w stu procentach japońska i nikt inny nie może jej zrozumieć. Dla tubylców pachinko wydaje się być najlepszym lekarstwem na stres, odskocznią od codziennej rutyny i monotonii. Pachinko to inny świat. To przyjaciel, dzięki któremu nie trzeba rozmawiać z osobą siedzącą obok, zatopioną w tym samym, wirtualnym świecie.

Pachinko

Hałas i dym papierosów dość szybko przeganiają mnie na trzecie piętro, gdzie można dostrzec szaleńców bijatyk, czy wyścigów samochodowych.

Na kolejnych piętrach ludzie trwoniący pieniądze na obstawianiu wyścigów konnych, przy specjalnie do tego przygotowanych stołach, a na ostatnim piętrze coś dla fanów sportów ekstremalnych z okularami wirtualnej rzeczywistości, przenoszących ich do zupełnie innego świata.

Tokijska dusza

Tokio to nie tylko Akihabara, czyli najsłynniejsza elektroniczna dzielnica dla fanów anime, mangi i tym podobnych tworów.

Akihabara

To także kilka innych, znanych na całym świecie dzielnic jak chociażby Shinjuku, czy Shibuya, słynąca ze skrzyżowania, gdzie przy każdym kolejnym zielonym świetle zapełnia się niezliczoną ilością pieszych, przechodzących na drugą stronę ulicy. Stojąc u góry i obserwując całą sytuację z dworca mam wrażenie, jakby ci wszyscy ludzie byli podstawieni i odgrywali swoje role na przygotowanym do tego celu przejściu dla pieszych. Stając się sam aktorem tego widowiska, dostrzegam dziesiątki turystów z włączonymi kamerami i aparatami fotograficznymi, uwieczniającymi przejście przez to niezwykłe skrzyżowanie, na które z umieszczonych nad nim telebimów spoglądają twarze celebrytów z całego świata, reklamując odzież, elektronikę, czy wszelakiego rodzaju usługi. Całość okraszona jest muzyką wylewającą się z olbrzymich ekranów, umieszczonych na okalających przejście budynkach, czy też głośników zainstalowanych na głównych arteriach jednej z najsłynniejszych dzielnic świata. Dźwięki nakładają się na siebie, gdyż z jednego głośnika wybrzmiewa japońska muzyka, by w tym samym momencie zostać zagłuszoną przez zachodnie rytmy.

Słynne przejście dla pieszych w dzielnicy Shibuya

Shibuya

Charakter każdej z dzielnic kreują jednak mieniące się różnymi kolorami neony, najczęściej w alfabecie japońskim, ale gdzieniegdzie da się również dostrzec alfabet łaciński i nazwy znanych światowych marek, jak chociażby McDonald’s, Panasonic, Sony, Sharp, Olympus i wiele innych.

Kabuchiko

Shinjuku

To przecież japońskie koncerny zawładnęły światem elektroniki i nie sposób znaleźć jakikolwiek dom bez japońskiego gadżetu umilającego, bądź ułatwiającego życie. Żeby poczuć jak dużą rolę odgrywa elektronika w życiu Japończyków, wystarczy udać się do jednego z największych tego typu centrów na świecie Yodobashi. Tu na wielu piętrach wypełnionych po brzegi różnego typu urządzeniami, możemy kupić czego tylko dusza zapragnie.

Yodobashi Center

Kolorytu japońskiej duszy dodają chodzące po ulicach tłumy ludzi, zapełniających po brzegi restauracje, bary, salony gier, centra handlowe, kawiarnie, które są również kopiowane i mają przywoływać nastrój Paryża, czy też innych stolic europejskich.