Bahla

Kolejny dzień miał być pierwszym, luźniejszym na tym wyjeździe. Nareszcie wyspany, bez jakiegokolwiek napiętego planu, budzę się by poobserwować okolicę. Bahla do wielkich metropolii nie należy. Zamieszkuje ją zaledwie dwadzieścia cztery tysiące ludzi, ale jak na specyfikę miasta arabskiego przystało ciągnie się wzdłuż przez kilkanaście kilometrów. Słońce już od kilku godzin wisi na horyzoncie i daje o sobie znaki natychmiast po wyjściu z cienia. Tutejszy fort znajduje się niedaleko od naszego lokum, także w przeciągu pięciu minut spacerem docieramy do jego frontu. Nikogo tu nie ma. Jesteśmy sami. Jakże przyjemnie jest móc w ciszy i spokoju przenieść się na chwilę do czasów panowania dynastii Banu Nebhan. To nie Rzym, ani Barcelona, czy też inne osławione europejskie miasto, gdzie do każdego z zabytków musimy stać w wydających się nie mieć końca kolejkach. Ospały mężczyzna w śnieżnobiałej diszdaszy sprzedaje nam wejściówki i wskazuje z przyjacielskim uśmiechem na twarzy kierunek wizyty. Wspomniane plemię zdominowało środkową część Omanu w dwunastym wieku, czyniąc sobie z Bahli stolicę na kolejnych trzysta lat. Rezydując w Bahli nawiązywali kontakty z innymi grupami plemiennymi z interioru. Miasto stało się centrum ibadytyzmu, jednego z islamskich ruchów. Budowla otoczona murami, po których mogli przechadzać się wartownicy, posiada wieże wartownicze ulokowane po każdej stronie, jak i wiele bram wejściowych. Kompleks nawadniany był kanałami w systemie falaj, dostarczającymi wodę gruntową z odległych źródeł. Bahla jest doskonałym przykładem średniowiecznej islamskiej fortyfikacji, osady będącej swoistą oazą, umożliwiającą wykorzystanie wody do celów rolniczych i domowych. Po stromych schodach wchodzimy na wieże wartownicze, by podziwiać z góry widoki otaczających miasto oaz palmowych. Pustynia, skały i piach kontrastują z zielenią pnących się w górę palm. Co kilkanaście minut siadamy jednak pośrodku głównego placu fortyfikacji, by schować się na moment w cieniu, napić się wody i spoglądać na smaganą wiatrem flagę Sułtanatu, dumnie górującą nad całą budowlą.

Chwilę później wracamy uliczkami miejscowego suku do pokoju, bierzemy kluczyki auta i jedziemy przed siebie, bez jakiegoś konkretnego celu, zgłębić okoliczne tereny.

XVII-wieczny fort w Bahli

Wnętrze fortu

Okolice Bahli

Flaga Sułtanatu

Misfat Al Abriyeen

Wczoraj brat Sulaimana wspomniał nam o jednej z tutejszych wiosek, będącą atrakcyjnym krajobrazowo miejscem. Położona tysiąc metrów ponad poziomem morza Misfat Al Abriyeen, do której można dojechać wijącą się w górę serpentyną z Hamry, charakteryzuje się budynkami z cegły wymieszanej z błotem, rolniczych tarasów wciśniętych w otaczające miejsce pasma górskie. Większość tutejszej ludności to rolnicy, którzy spłaszczyli część terenu, tworząc wspomniane tarasy, by uzyskać w ten sposób dostęp do żyznej gleby pozwalającej na uprawę plonów. Co więcej wybudowali kanały nawadniające, wykorzystując je także jako źródła wody pitnej dla mieszkańców. Już na samym wjeździe do wioski wita nas tabliczka informująca o konieczności respektowania miejscowych zwyczajów i zakrywaniu przez kobiety ramion. Wąska ścieżka prowadzi najpierw w dół wśród gęsto rosnących to z jednej, to z drugiej stron palm, bananowców czy też daktylowców. Kawałek dalej stromo pnie się w górę, a trud włożony w podejście i przeskakiwanie pomiędzy skałami zostaje wynagrodzony spektakularnymi widokami. Moja wyobraźnia nie daje mi spokoju tworząc to kolejne obrazy węży poukrywanych w załamaniach skalnych. Na szczęście nie spotykamy żadnego gada na swojej drodze. Tyle zieleni skupionej w jednym miejscu można by szukać po tutejszej okolicy ze świeczką. Wracamy powolnym krokiem do auta, mijając po drodze trójkę przybyszy z Austrii i pomarańczowy szkolny autobus ustawiony na pobliskim parkingu.

Budynki w Misfat al Abriyeen

Misfat al Abriyeen

Rolnicze tarasy

Banany

Autobus szkolny

Niepokorny Austriak

Zjeżdżamy z powrotem do Hamry, kierując się tym razem w stronę Jebel Shams. Wjazd w pobliże góry nie jest możliwy dla aut z napędem tylko na przednią oś. Taką informację otrzymujemy od stojącego przy parkingu Omańczyka organizującego wycieczki po tym terenie. Chwilę później na parking podjeżdża znajoma już nam grupka trzech Austriaków. Omańczyk w kulturalny sposób przedstawia starszemu turyście swoją ofertę, w żaden sposób nie proponując i nie nalegając na skorzystanie ze swoich usług. Austriak jednak w dość gburowaty sposób komentuje jego wypowiedzi, podchodząc do nas i zaczynając konwersacje. Opowiada o przejeździe najpiękniejszą jego zdaniem drogą świata prowadzącą do Bilad Sayt, chwali się zwiedzeniem wszystkich możliwych krajów poza Australią. Pyta o nasze plany, o to gdzie nocujemy. Na odpowiedź o częściowych noclegach pod namiotem na wybrzeżu reaguje oburzeniem. Był przecież w Mali nocując pod namiotem i nie jest to dobry pomysł. Dziko biegające wielbłądy mogą przecież stratować namiot. Cóż, na szczęście każdy z nas realizuje swój własny plan.

Zjeżdżając troszkę niżej natrafiamy na stojący na poboczu samochód i czterech tubylców, którzy przystanęli by wdać się w pogawędkę. Zostawiamy nasz przybytek i schodzimy kamienistą drogą w głąb jednego z pobliskich kanionów. Zapierające dech formacje skalne po prawej stronie i ciągnące się gaje palmowe po lewej, tworzą swego rodzaju koryto, gdzie mógłby płynąć potok. Tak też zapewne się dzieje, gdy tylko woda w okresie dreszczów spływa z gór, natychmiast zatrzymuje się w kanionie. Za moment słońce zacznie chylić się ku zachodowi.

Droga na Jebel Shams

Powrót do Bahli

Wracając w stronę Bahli zahaczamy jeszcze o stojący tuż przy wjeździe do miasta meczet. Dwa wzbijające się w górę minarety koloru piaskowego, dwie kopuły w zielone paski, jedna wysunięta trochę do przodu, druga cofnięta do tyłu, charakterystyczne łuki będące wejściami do części głównej meczetu, gdzie lśni marmurowa podłoga, otoczone są idyllicznym ogrodem z bogatą w zieleń florą.

Wracamy do mieszkania zostawiając auto i udając się na pierwszą w Sułtanacie kolację. Blondynka nie podejmuje ryzyka i zamawia standardowego burgera, czego gorzko żałuje spoglądając na danie, a w zasadzie dania, które lądują po mojej stronie stołu. Zamawiam tylko krewetki, ale poza talerzem wypełnionym po brzegi owocami morza, otrzymuję trzy kolejne z tradycyjnym chlebem, sałatką ze świeżych warzyw, pomidora, ogórka, marchwi i limonki, ryżu przyprawionego rodzynkami i curry oraz miseczkę z jogurtem naturalnym. Trudno nie pokochać Sułtanatu tak dbającego o żołądki przybyszy z Zachodu.

Wracamy do pokoju, by położyć się na dwie godziny przed czekającą nas całonocną podróżą na południe. Blondynka wychodzi z pokoju i z przerażeniem wraca do niego z powrotem, oznajmiając mi o biegającym nagim Hindusie po korytarzu. Wypowiedź kwituję uśmiechem. To pewnie jeden z pracowników Sulaimana. Nie mają oni łazienki w pokojach, a nieświadomy obecności osób trzecich chłopak, postanowił pójść pod prysznic jak co dzień. Chwilę później odziewa się jednak ręcznikiem.

Meczet w Bahli

W drodze

Krótko przed godziną dwudziestą trzecią wstajemy z łóżek, zabieramy swój bagaż i udajemy się do auta. Z Bahli do Salali mam do pokonania ponad dziewięćset kilometrów. Od samego początku ten całkiem spory dystans planowałem przejechać w nocy, nie tracąc czasu na monotonną jazdę przez pustynny bezkres. Droga dłuży się niemiłosiernie. Jest tak ciemno, a zarazem tak pusto, iż nie można dostrzec niczego. To jedna wielka czarna plama rozlana przed oczyma, gdzieniegdzie na niebie rozświetlona błyszczącymi gwiazdami. Próbuję sobie wyobrazić las po jednej i po drugiej stronie drogi, jak to zazwyczaj bywa w Polsce. Ale to tylko wyobraźnia, bo tu nie ma ani jednego drzewa.

Mniej więcej po trzystu kilometrach napotykamy na pierwszą kontrolę patrolu wojskowego. Panowie proszą o zatrzymanie się, przygotowanie do kontroli dokumentów i otwarcie bagażnika. Wszystko w porządku. Możemy kontynuować podróż. Godzinę później kolejna kontrola. Tym razem żołnierze są dużo bardziej wyluzowani. Widząc dwóch białych przybyszy z Europy, nie proszą nawet o dokumenty. Pytają tylko o dalsze plany podróży i życzą udanej jazdy.

I choć wydawałoby się, że nic nie jest już nas w stanie zaskoczyć pośród pustynnego krajobrazu, rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. W jednym momencie wiatr przybiera na sile, wyrzucając co raz to większe ilości piachu na drogę, a ja w tym samym momencie zauważam znaki ostrzegające przed tworzącymi się na asfalcie wydmami. Na szczęście ów atak burzy piaskowej nie trwa długo, ale ten niecodzienny spektakl natury jest dla nas sporym zaskoczeniem.

Na horyzoncie zaczyna świtać. Pustynia powoli ujawnia swój prawdziwy charakter. Otchłań, niekończący się bezkres piaskowych połaci rozciągający się w każdą ze stron. Mijamy wrak porzuconej na piasku ciężarówki. Kawałek dalej mężczyzna z owiniętą na głowie chustą maszeruje przed siebie. Dokąd idzie pośrodku tej nicości? Na to pytanie już chyba nigdy nie znajdę odpowiedzi.

Sto pięćdziesiąt kilometrów przed metą zjeżdżam na parking jednej z pobliskich stacji, by zatankować paliwo i chwilę odpocząć. Jestem wykończony całonocną jazdą.

Ostatnie kilometry przed Salalą to jazda już w dość górzystym terenie. Pożółknięte rośliny obrastające pobliskie wzgórza jasno dają do zrozumienia, że zmieniliśmy strefę klimatyczną. Jeszcze nie tak dawno te same miejsca mieniły się soczystą zielenią. Po blisko dwunastu godzinach monotonnej jazdy przez pustynię, jesteśmy nareszcie na miejscu.