W drodze

Przed nami do pokonania kolejny fragment drogi. Tym razem dość krótki bo trwający troszkę ponad dwie godziny. Wjechaliśmy w nizinną część kraju. Krajobrazy nie zaskakują, ale nie mogą zaskakiwać cały czas. Wszystko wydaje się być mocno neutralne. Nie ma tu kontrastów, nie ma wyskakujących w tle pagórków, wysokich łańcuchów górskich poprzecinanych łąkami, dolinami przyozdobionymi pasącymi się zwierzętami. Co prawda gdzieniegdzie zdarzy się jakieś stado zbłąkanych krów błogo przygryzających listki traw, jednakże obrazki widziane za umazaną szybą mknącego przed siebie autobusu nie różnią się od tych znanych mi z wycieczek rowerowych po sąsiednich wioskach mojej rodzimej okolicy. Słońce wznosi się coraz wyżej, a na skórze daje się odczuć pierwszy efekt grzejących promieni. Spoglądając w przód, w oddali widzę kontury wyłaniających się budynków kolejnego ogromnego miasta, miejsca naszego przystanku, z którego udamy się w kierunku następnego celu. Budowle piaskowego koloru, górujące gdzieniegdzie w starej medynie zielone minarety dają nam do zrozumienia, że za chwilę staniemy oko w oko z prawdziwym Maghrebem, zanurzymy się w jego klimacie. Przynajmniej tak nam się w tym momencie wydaje. Głodny nowych wrażeń, namacalnego spotkania z nową kulturą ponownie spoglądam w okno pojazdu. Widzę siedzących pod murem żebraków, brud i unoszący się kurz akcentowany palącym słońcem, tłumy sprzedawców różnego typu badziewi, targowiska, a raczej stanowisko porozkładanych na ziemi koców przypominających raczej hałdy odpadów na wysypisku śmieci. Tak, to moje pierwsze skojarzenie, to miejsce wyglądem nie różni się za bardzo od wysypiska śmieci. Mam w sobie mieszankę uczuć. Nutka strachu miesza się z dużą dozą ekscytacji, gdyż już za moment wysiądziemy i zmierzymy się z kolejnym wyzwaniem. Autobus omija starą część miasta i kieruje się w stronę nowszych zabudowań, przejeżdża przez rondo skręca w prawo i wjeżdża na zajezdnię dworcową. Zabieramy plecaki i żwawym krokiem wychodzimy na plac.

W afrykańskiej stolicy cz. 2

– Bonjour.

– Bonjour – odpowiada starsza pani.

– To moja żona Zhor, a to moi goście z Polski. Zhor oznacza kwiaty. – przedstawia nas sobie Boubker.

Wchodzimy do wąskiego korytarza, a raczej przedpokoju. Mieszkanie wygląda zupełnie inaczej niż to, które widzieliśmy u naszego poprzedniego hosta Mohameda. Zdecydowanie bardziej przypomina te nasze, europejskie. Po prawej stronie znajduje się skromna łazienka, a przed samym wejściem umywalka, co ciekawe nie w pomieszczeniu zaadoptowanym na łazienkę. Z lewej strony prowadzące ku górze strome schody, gdzie przez uchylone drzwi widać coś na wzór sypialni. Na wprost sporych rozmiarów salon zastawiony w dużej mierze wąskimi kanapami ustawionymi blisko ściany dookoła całego pomieszczenia. Kanapy obłożone ogromem grubych poduszek. Po lewej stronie od salonu ulokowana jest sypialnia Boubkera, a po prawej po przejściu wzdłuż całego salonu coś na wzór letniego ogrodu, czy też patio. Nie ma dachu, jedynie metalowe, zielone schody prowadzące na taras mieszkania. Na patio stoi okrągły stolik pokryty niebiesko-białymi wzorkami, kilka żelaznych krzeseł, obłożonych czerwonymi poduszkami. Ściany przyozdobione zielonymi roślinami, a podłoga wyłożona płytkami. Z patio możemy bezpośrednio przejść do kuchni, gdzie zabiegana kucharka przygotowuje nam posiłek. Tak, Boubker dysponuje pomocą kuchenną. Kuchnia jest czymś na wzór znanych z polskich gospodarstw wiejskich kuchni letnich. Stoi tam pralka, lodówka kilka szafek, stół do przygotowywania potraw.

W afrykańskiej stolicy cz. 1

Wstajemy dość wcześnie bo o piątej trzydzieści rano. W zasadzie taki mieliśmy zamiar nastawiając budzik, gdyż o godzinie piątej zaczyna się pora pierwszych modlitw i głos śpiewu z miejscowych minaretów nie pozwala zmrużyć oka. Znajdujemy się najwidoczniej w pobliżu jednej z takich wież rozsianych po całym mieście. W tle słychać głos modlitw o różnym natężeniu w zależności od tego jak daleko znajdują się kolejne wieże. Jeszcze chwila na całkowite przebudzenie, kilkanaście minut porannej toalety i czas ruszać w drogę.

Chaouen – Błękit Północy

Do miasteczka docieramy w późnych godzinach wieczornych, co nie napawa nas optymizmem. Wychodzimy z autobusu, bagaże dojechały szczęśliwie razem z nami.

Taxi, taxi – obiegają nas pytania z każdej strony. Kierowcy nie są jednak nachalni. Wystarczy podziękować i się grzecznie wycofują. Nie mamy za bardzo pojęcia dokąd się udać. Zahaczamy zatem o pobliski sklepik. Przede mną stoi starsza kobieta robiąca zakupy, a raczej gawędząca ze sprzedawcą.

Na styku kontynentów

– Rześko i jak przyjemnie świeci słońce. I to powietrze – rzekła blondynka.

No tak, powietrze. Każde wyjście z samolotu w nowym miejscu zaczyna się tym samym stwierdzeniem. Pierwszy wdech, inna wilgotność, inna temperatura. To powietrze za każdym razem jest inne, ale za każdym razem oznacza to samo, czas zacząć kolejną fascynującą przygodę, zgłębić i wchłonąć kulturę danego miejsca.

Podkarpackie ośrodki miejskie

Będąc w Bieszczadach warto przyjrzeć się najważniejszym miastom na terenie województwa podkarpackiego. Poniżej kilka najbardziej znanych miast Podkarpacia.

Bieszczadzkie cerkwie

Każdy, kto był w Bieszczadach z pewnością zapamiętał urok małych wiejskich cerkwi, które są charakterystycznym elementem krajobrazu południowo-wschodniej Polski. Omawiany obszar do połowy XIV wieku leżał w granicach Rusi, która przyjęła chrześcijaństwo w obrządku wschodnim. Po przyłączeniu tych ziem do Polski struktura wyznaniowa nie zmieniła się. Do początków XVII wieku większość mieszkańców Bieszczadów była wyznania prawosławnego, a następnie aż do połowy XX wieku greckokatolickiego. Specyficzną cechą Kościoła wschodniego było dążenie do wybudowania świątyni w każdej wsi.

Bieszczady cz. 2

Bieszczadzki Worek

Jadąc w Bieszczady, od początku założyliśmy, że obierzemy sobie dwie miejscowości na bazy wypadowe w góry. Pierwszy, wspomniany wyżej Smerek, pozwolił nam zapoznać się z terenem połonin oraz Doliną Sanu. Na drugą miejscowość bazową wybraliśmy Muczne, doskonały punkt startowy na Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, jak i – przynajmniej w teorii – najdzikszy region polskich Bieszczadów, tak zwany Bieszczadzki worek będący najdalej wysuniętym na południowy wschód Polski masywem górskim.

Bieszczady cz. 1

W Bieszczadach po raz ostatni byłem dwadzieścia lat temu. Z tamtego wyjazdu organizowanego w szkole podstawowej pamiętam jeszcze solińską zaporę wodną oraz jagody porastające skąpane w słońcu połoniny. Dziś, bardziej świadomy, staje oko w oko z Bieszczadami w zupełnie innym celu niż dwadzieścia lat temu. Chcę poznać bliżej ich historię i przede wszystkim spędzić jak najwięcej czasu na łonie przyrody, która jak wielu twierdzi, jest jedyna w swoim rodzaju.

Łemkowszczyzna cz. 2

Polany

Główną atrakcją wsi jest Kościół pw. Matki Boskiej Częstochowskiej. Murowana cerkiew grekokatolicka pw. św. Jana Złotoustego wzniesiona została w 1914 roku. Budowla wzorowana na cerkwiach kijowskich, murowana na planie krzyża greckiego z ogromną centralnie położoną kopułą. W założeniu dekoracja świątyni miała być bardzo bogata.

Page 1 of 14

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén